Rana

„Następnym przystankiem w moich poszukiwaniach dawców niespokrewnionych był Nowy Jork. Rana Simunovich przyjechała zobaczyć się ze mną z pobliskiego New Jersey.

[…] teraz Rana ma dwadzieścia siedem lat i próbuje mi objaśnić swój akt altruizmu.
– Zawsze taka byłam, lubię dawać – mówi.
Ale gdy zapragnęła oddać komuś nerkę, rodzice przestali się dobrodusznie uśmiechać. Rozzłościli się nie na żarty, zagrozili nawet, że ją wydziedziczą. Mimo to wytrwała w swym postanowieniu. Przeszła zabieg w listopadzie 2004 roku. Nerka trafiła do Olgi, z którą Rana spotkała się dopiero po operacji. Olga była dializowana od dziesięciu lat i pół roku po przeszczepie nadal nosi maskę chirurgiczną – z panicznego strachu przed infekcją. Drży na samą myśl, że przeszczep mógłby się zmarnować.

[…] Rana jest zgrabna, choć poskarżyła mi się, że po zabiegu przytyła. Patrząc na tę atrakcyjną młodą kobietę o długich, gęstych kasztanowych włosach, zielonych oczach i pięknym uzębieniu, pomyślałam sobie, że martwi ją także blizna po laparoskopii. Nie wspomniała jednak o bliźnie – ciekawe, czy nie traktuje jej jak odznaki honorowej […].

– Słabym pomogą, ale silnym nie – powiedziała Rana.
Bo Rana jest silna. Największą przeszkodą w jej planach ofiarowania nerki okazała się rodzina. Wszyscy krewni – a jest ich sporo – sprzeciwili się decyzji Rany […]. Z trzynaściorga wnucząt sprzeciwiła mu się akurat jego ulubienica; maleńka Rana została czarną owcą.

[…] Rana wyszła jednak z tych zmagań z bliznami. Z jednej strony opowiada o wszystkim z humorem i szerokim uśmiechem na twarzy, z drugiej odnoszę wrażenie, że nie tylko musiała stoczyć ciężką walkę, ale i czuła się w tej sytuacji bardzo wyobcowana.

[…] Rana została jednak sama ze swoją decyzją: nawet znajomi uznali, że postradała zmysły, a jej chłopak Alex wpadł w istną furię na wieść, że zamierza poddać się operacji w święta Bożego Narodzenia.

[…] Siedząc i popijając z nią herbatę, zrozumiałam, że Rana jest pierwszą z napotkanych dotychczas osób, które ofiarowały komuś nerkę bez wsparcia z niczyjej strony. Jak ta dziewczyna to zniosła? Nie wiem, jak zachowałabym się na jej miejscu.

[…] Pozostało ją tylko podziwiać. Na pierwszy rzut oka nie sprawiała wrażenia kobiety tak silnej, upartej i zdeterminowanej. Roztaczała wokół siebie aurę ciepła, szczerości i otwartości – z pozoru zdawała się bardzo delikatna.

[…] Słuchając Rany, zdałam sobie sprawę, że rodzina troszczyła się nie tylko o jej zdrowie. Rana okazała im nieposłuszeństwo. Jej indywidualizm uznali za przejaw buntu, ściślej biorąc, kobiecego buntu. Zinterpretowałabym to w kategoriach konfliktu między tradycyjną kulturą patriarchalną a swobodnym, amerykańskim stylem życia. Rodzina poczuła się osłabiona, tracąc kontrolę nad życiem młodej, wyemancypowanej kobiety. Rana wyraziła łagodny sprzeciw: oświadczyła mi z prostotą, że ma inne zdanie w tej kwestii. Nie próbowała się jednak kłócić.

– A inni? – spytałam. – Ludzie patrzą na ciebie z dołu, z góry, czy jedno i drugie?
– Niekiedy mam wrażenie, że widzą we mnie kogoś lepszego i źle się z tym czują. Czasem jednak patrzą na mnie z góry, jakbym była niezrównoważona psychicznie.

[…] U źródeł hojności i przemyślanych decyzji Rany tkwi poczucie własnej straty. W krótkich odstępach czasu odeszło sześcioro członków jej rodziny.

– […] Byłam absolutnie świadoma, że ratuję komuś życie, i chciałam to zrobić. Chciałam jeszcze przed śmiercią uczynić coś, co przełoży się bezpośrednio na życie innej osoby.

– [Olga] Przyjęła mój dar z niebywałą wdzięcznością, i wcale jej się nie dziwię, skoro przeżyła poprzednich dziesięć lat na dializach. […] Jest taka szczęśliwa. – Rana opowiada z przejęciem: – Nie wiesz, dokąd trafią ofiarowane przez ciebie pieniądze i krew. Nie wiesz, ile dobra komuś wyświadczyłaś. Pomogłaś, ale nie masz na to żadnego dowodu. Pieniądze nie leczą, pomoc finansowa jest tylko doraźnym rozwiązaniem. Ofiarowanie nerki ma bezpośredni wpływ na czyjeś życie.

Tak więc – dzięki Ranie – Olga zajada się w najlepsze zupą Campbella. Nie wszyscy wiedzą, że pierwszą namacalną korzyścią z posiadania nowej nerki jest możliwość normalnego jedzenia i picia. […] Potem uświadamiasz sobie, że znów rozpiera cię potężna energia. Powoli zaczynasz doceniać zmiany, jakie zachodzą w twoim organizmie, czujesz w sobie siłę, wiesz, że żyjesz. Wkrótce zapominasz, że co drugi dzień czekał cię wielogodzinny zabieg hemodializy, zapominasz o wyczerpaniu, bólach głowy i depresji.

Spytałam Ranę, jak czuję się teraz, odkąd pogodziła się z rodziną.
– W porządku, jestem szczęśliwa – odparła z uśmiechem. I tak być powinno”.

Slavenka Drakulić, Ciało z jej ciała. O banalności dobra, Warszawa 2008, s. 102-115.

Pradzieje

Myślę o swoim dzieciństwie i o dzieciństwie w ogóle.

Dzieci wiedzą, skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy. To straszne i piękne zarazem.

Maleńkie dzieci są najbliżej samego rdzenia istnienia. Ich ciała pamiętają wody spod serc matek. Prawody spod praserc pramatek.

Dzieci już o tym zapomniały.
Pradzieci pamiętają.
Kosmos, ocean i jedność.

„Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie”

Mało rzeczy tak w życiu lubię, jak stacje benzynowe.

Lubię ich atmosferę, urządzenia samochodowe na wystawach, zimne napoje, toalety, które widziały wiele tajemnic, zapach kawy i zapiekanek z pieczarkami, szczegółowe mapy na ścianach i przypadkowych podróżnych.
Lubię zapamiętywać ceny benzyny (tak jak lubię zapamiętywać kursy euro, a kiedyś lubiłam zapamiętywać kursy marek niemieckich i czeskich koron).

Lubię przysłuchiwać się pośpiesznym rozmowom, bo przecież zaraz trzeba ruszyć w drogę.
– Paragon czy rachunek?
Oczywiście, że paragon, tak wybiera każdy mądry człowiek, bo tak jest przecież szybciej.

Lubię patrzyć na różne rzeczy, bo co kraj, to obyczaj, co stacja benzynowa, to inne rarytasy. W tej, w której siedzę, są akurat na wystawie żywe róże (świeże przez co najmniej 2 lata dzięki unikalnemu sposobowi stabilizacji – cokolwiek to znaczy, tak jest napisane).
Jest mi smutno, bo „nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los, trzeba będzie stracić”. I myślę o różnych ludziach bliskich i dalekich, o babci Róży, dziadku Walentym, wujku Romanie, i zastanawiam się dlaczego…

Piję napój aloesowy i piszę. Tylko tak mogę się obronić. I aż tak mogę walczyć.
Słowem.

Lubię stacje benzynowe, dworce i lasy. Tam czuję się jakbym była w domu.
Przejazdem.

Intuicja i prawość

„Intuicja jest w domenie intelektu tym, czym jest prawość w domenie uczuć. Intuicja i prawość to dwie jedyne w tobie rzeczy od ciebie niezależne. Te dwie rzeczy to jedna rzecz. To cielesność, organiczność, fizyczność, materialność. Intuicja jest nieskończenie małą szpilką w głowie, prawość jest nieskończenie wielkim kamieniem na sercu”.

Edward Stachura, Fabula rasa (rzecz o egoizmie), Olsztyn 1985, s. 127.

Piosenka o deszczu

sunafukin2

„Włóczykij poczuł, że ma ochotę układać piosenki. Poczekał, żeby ochota stała się całkiem oczywista, i któregoś wieczoru wyciągnął harmonijkę, leżącą dotąd na samym dnie plecaka. W sierpniu, gdzieś w Dolinie Muminków, wpadło mu w ucho pięć taktów, które niewątpliwie mogły się stać wspaniałym początkiem melodii. Zjawiły się w sposób całkiem zwyczajny, jak to bywa z dźwiękami, gdy się je zostawi w spokoju. Teraz nadszedł czas, żeby je wydobyć i żeby powstała piosenka o deszczu.

Włóczykij nasłuchiwał i czekał. Ale pięć taktów nie przychodziło. Czekał dalej, wcale się nie niepokojąc, bo wiedział, jak to jest z melodiami. Słyszał tylko słaby szum deszczu i ściekającej wody. Pomału zrobiło się całkiem ciemno. Wyjął fajkę i zaraz schował ją z powrotem. Zrozumiał, że te pięć taktów zostało w Dolinie Muminków i że ich nie znajdzie, dopóki tam nie wróci.

Są miliony melodii, które łatwo znaleźć i zawsze będą inne, nowe. Ale Włóczykij nie zwracał na nie uwagi, niech sobie odlatują, gdzie chcą, to były letnie piosenki, dla kogokolwiek. Wczołgał się do namiotu i zakopał w śpiworze, naciągając go na głowę. Delikatny szum deszczu i spływającej wody nie zmieniał się, dźwięczała w nim wciąż ta sama, łagodna nuta samotności i doskonałości. Lecz co go obchodził deszcz, skoro nie mógł ułożyć o nim piosenki?”.

Tove Jansson, Dolina Muminków w listopadzie, Warszawa 1980, s. 30-31.

Jedźmy, nikt nie woła

„Podczas literackich i wakacyjnych wędrówek po Polsce często spotykam autentycznych patriotów. Prawie zawsze są to ludzie pejzażu, głęboko zakorzenieni w swojej ziemi i własnych społecznościach, troszczący się o zabytki, przyrodę, miejsca pamięci, znający lokalną historię i najdrobniejszy szczegół topografii, od ujęcia wody po miejsce ścięcia starego dębu. Chcąc całkowicie zniszczyć polskość, architekci nowego wspaniałego świata musieliby nas w komplecie przesiedlić do nierzeczywistych metropolii. A i tak pozostałaby nam pamięć polskiego pejzażu, niezawodny kompas wolności.

Kiedy słyszę popularne pytanie: Jaką książkę zabrałbyś na bezludną wyspę?, najpierw przychodzi mi do głowy Biblia, zaraz potem Pan Tadeusz. A z rzeczy mniej oczywistych – dzieło Zygmunta Glogera Dolinami rzek, porywający opis podróży wzdłuż Niemna, Wisły, Bugu i Biebrzy. Z tym zastrzeżeniem, że na żadną bezludną wyspę się nie wybieram. Tegoroczne wakacje tradycyjnie spędzę z żoną wśród łąk, lasów i mokradeł wschodniej Polski. Podobnie jak Gloger, takie już bowiem mam dziwactwo, że zamiast szukać dalekich cudów przyrody, zamiast gonić za zgiełkiem po targowicach świata, doznaję  największych rozkoszy, gdy wpatruję się w dno cichych strumieni i rzek, gdy przykładam ucho do starych mogił, których szeptu mrocznych dziejów nikt nie słucha„.

Wojciech Wencel, Dolinami rzek

Grosik

Patrzę na dziewczynkę kąpiącą się w fontannie, która zasłania stópkami tryskającą wodę i światełka. Też tak zawsze robiłam. Dziewczynka przekrzykuje uliczny hałas i szum wody, wołając do dziadka:
– Ej! Popatrz! To magia!
Pytam, czy woda jest zimna. Dziewczynka potakująco kiwa głową.
Zimna woda, zimna magia…

Wstępuję do Kawiarni Lwowskiej na minipączka z różą. Uwielbiam to miejsce, kojarzy mi się z Wrocławiem, gdzie „siedzi dawny Lwów”.
Lwowski paczek, lwowska magia…

Stoję przy pięknym stawie. Patrzę, jak chłopczyk rzuca okruszyny chleba dwóm kaczkom. Kiedy kaczce udaje się złapać okruszek, chłopiec bije jej brawo.
A ja wrzucam do stawu grosik. Działa jak zwierciadełko, odbija się w nim słońce i razi mnie w oczy.
Na szczęście?

Pamięć absolutna

„Co ciekawe […], są ludzie, którzy pamiętają dosłownie wszystko. Jedną z takich osób jest Amerykanin Brad Williams. Potrafi przypomnieć sobie każdy szczegół swojego życia.

Taki ludzi jak Brad jest na świecie 25. Przynajmniej u tylu zdiagnozowano hipermnezję, czyli syndrom wybitnej pamięci. Ci ludzie mają w zasadzie nieograniczoną zdolność do zapamiętywania informacji. Niektórzy są tej zdolności (przypadłości) świadomi, u innych ujawnia się ona tylko pod wpływem hipnozy. Są i tacy, którzy przypominają sobie wszystko pod wpływem bardzo silnego stresu. Tak jak hipermnezja dotyczy raczej przeżyć autobiograficznych, tak osoby z zespołem sawanta są w stanie zapamiętać wszystko.

A wracając do Brada Williamsa. Był on badany przez lekarzy różnych specjalności, i to wielokrotnie. Nawet bardzo zaawansowane testy nie wykazały jednak żadnych odstępstw od normy. Naukowcy nie wiedzą, na czym polega fenomen pamięci absolutnej […].

Czy pamięć absolutna uszczęśliwia? Można pomyśleć, że tak. Raz przeczytasz, wiesz na zawsze, raz usłyszysz, do końca życia możesz zacytować. Raz zobaczysz, już zawsze będziesz mógł opisać…
Nie. Nie chciałbym mieć pamięci absolutnej. Chcę mieć komfort zapominania. Tak jest bezpieczniej”.

Tomasz ROŻEK, Pamiętać wszystko?

Pocyganić przed Panem Bogiem

„Jędrek przyszedł do księdza proboszcza i prosi go o udzielenie ślubu z dwiema kobietami na raz.
– Nie mogę ci dać błogosławieństwa na dwie dziewki!
– Ba, możecie! Dom wom dolary, a za nie wsyćko zrobicie!
– Jędrek, nie dom rady tak pocyganić przed Panem Bogiem. On wszystko widzi, a nawet słysy. Na dolary to może i by oko przymknął, ale na dwie dziewki?”