Piotr Paziński, „Pensjonat”

Tory kolejowe i stacja — tam po raz pierwszy spotykamy bohatera i tam widzimy go po raz ostatni. Przyjechał on do pensjonatu, w którym bywał w dzieciństwie. Niegdyś żydowski dom wypoczynkowy tętnił życiem, obecnie pustoszeje, ale budynek ten stanowi impuls do snucia wspomnień i wskrzeszania pamięci o zaginionych, umarłych, przepadłych. Dwa plany czasowe zazębiają się, by współistnieć. Głosy z przeszłości, zasłyszane słowa wplecione są bezpośrednio w tok narracji.

Wydarzenia i ludzkie zmagania nabierają znaczenia w odniesieniu do tradycji zapisanej w Słowie. Ono wyznacza rytm niektórych fraz, ale jest też traktowane z dystansem i swobodnie trawestowane.

Na początku były tory kolejowe. W zieleni, między niebem a ziemią.

Pan Jakub spojrzał z pobłażaniem na młodszego kolegę. Czego on chce? Co się raz stało, już się nie odstanie. Ile można drzeć szaty? Całe życie, a nawet dłużej? Ubrania nie starczy.

Bohater rozumie, że pewna jego część będzie mieszkać w pensjonacie zawsze. Miejsca przypominają dawne spotkania, las spacery, ogród dyskusje. Podobnie jak w „Czarodziejskiej górze” Tomasza Manna Settembrini i Naphta usiłują nakłonić do swoich racji Hansa Castorpa, tak w „Pensjonacie” pan Abram i pan Leon oszałamiają opowieściami młodego chłopca. Jeden opisuje boski akt stworzenia, drugi twierdzi, że wierzyć należy tylko uczonym, którzy Boga w kosmosie nie znaleźli. Różnice poglądów nie przeszkadzają im jednak we wspólnych wędrówkach.

I pan Abram kazał mi nazywać rośliny w ogrodzie. Rozpoznawałem je po kształtach liści, ale pan Abram powiedział, żebym dla każdej wymyślił imię, o którym wiedzielibyśmy tylko my trzej. Nikt inny, nawet babcia ani pani Tecia. Sekretne imiona kwiatów i grzybów. I jeśli o którymś z nich zapomnimy albo kiedy umrzemy i nic nie będziemy pamiętać, to nikt nie odgadnie ich prawdziwego brzmienia i trafią do składu imion przepadłych, dzieląc los tych, których już wiele nadano przed nami.

Z pokoju pani Teci bohater przyniósł pudełko ze starymi papierami. Gdzieś między fotografiami plątały się pytania.

Kto z nich ocalał, przygarnięty przez dobrych ludzi albo dlatego, że zabrakło miejsca w transporcie, czy z innej jakiejś niepojętej przyczyny, na przykład dzięki interwencji opieszałego Stwórcy, który nie mógł już dłużej patrzeć na rzeźnię i postanowił działać, albo przez zaniechanie diabła, co dla zabawy czy w trosce o własne samopoczucie zostawił światu kilka dusz na pamiątkę? A może tylko koincydencja przypadków pozwoliła wyjść, by świadczyć, krzyczeć i lamentować, i nigdy nie zapomnieć, albo zapomnieć na zawsze, a i tak pamiętać — z pokolenia na pokolenie, do ostatka, do końcowego tchnienia, a niechby nawet i jeszcze dzień dłużej.

Piotr Paziński, Pensjonat, Warszawa 2010.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: