Virginia Woolf, „Pokój Jakuba”

„Pokój Jakuba” Virginii Woolf intryguje z kilku powodów. Specyficznie została skonstruowana postać głównego bohatera. Brakuje jego charakterystyki (rozumianej tradycyjnie). Otrzymujemy jedynie urywki rozmów, opisy otoczenia, strzępki rozmów, słowem, całą migotliwość życia. Taki zabieg służy wzmocnieniu przekonania, że człowiek nigdy nie będzie w stanie całkowicie zrozumieć drugiego człowieka, a bliźni stanowi zagadkę, równanie z wieloma niewiadomymi — nie da się go rozwiązać albo z braku wiedzy, albo z braku doświadczenia, albo z braku chęci.

Ale chociaż to wszystko może z powodzeniem być prawdą: że tak właśnie Jakub myślał czy mówił, że tak zakłada nogę na nogę, tak napełnia fajkę, popija whisky, a raz spojrzał do kieszonkowego kalendarzyka, mierzwiąc sobie przy tym włosy — to jednak pozostaje w nim coś, czego nikt poza nim samym nigdy nie będzie mógł przekazać drugiej osobie.

Grecy — tak, właśnie o Grekach rozmawiali, o tym, że nawet kiedy już wszystko zostało powiedziane, nawet kiedy się przepłukało usta każdą z literatur świata, włączając w to chińską i rosyjską (choć ci Słowianie jednak nie są cywilizowani), to smak Greków pozostaje. Durrant zacytował Ajschylosa, Jakub Sofoklesa. Prawdą jest, że żaden Grek by tego nie zrozumiał i żaden profesor nie powstrzymałby się przed wygłoszeniem uwagi, że… Nieważne, bo po cóż są Grecy, jeśli nie po to, by wykrzykiwać ich słowa o świcie, idąc Haverstock Hill? Poza tym Durrant nigdy nie słuchał Sofoklesa, a Jakub Ajschylosa. Byli pełni pychy i triumfu, obydwu zdawało się, że poznali już każdy grzech, każdą namiętność i przyjemność. Cywilizacje jawiły się nim niczym kwiaty, które nic, tylko zrywać. Stulecia pluskały im u stóp niczym fale, po których nic, tylko żeglować. A przeglądając je wszystkie, poprzez mgłę, w świetle latarni, w londyńskich cieniach, tych dwóch młodzieńców wybrało Grecję.
— Przypuszczalnie — powiedział Jakub — jesteśmy jedynymi ludźmi na kuli ziemskiej, którzy rozumieją, co Grecy naprawdę chcieli przekazać.

Jakub powrócił do lektury. A następnie, odłożywszy książkę na trawę, zaczął, jakby zainspirowany tym, co przeczytał, robić notatkę na temat znaczenia historii (o demokracji), zapiski w rodzaju tych, na których albo opiera się dzieło swojego życia, albo dwadzieścia lat później znajduje się je w jakiejś książce i nie pamięta się z nich ani słowa. To jest nieco bolesne. Lepiej było je spalić.

Obok luźnej historii Jakuba Flandersa w tok powieści wplecione są uogólnienia i dygresje. Potwierdzają one dobitnie niemożność zbliżenia się do drugiej osoby, dotykają problemu piękna lub ogniskują uwagę wokół pozornie błahych elementów egzystencji.

Podsumowywanie ludzi nie ma żadnego sensu. Trzeba podążać za drobnymi wskazówkami, nie całkiem za tym, co powiedziane, ale i nie do końca za tym, co uczynione.

Zdaje się, że mężczyźni i kobiety są winni w tym samym stopniu. Zdaje się, że głęboka, bezstronna i całkowicie sprawiedliwa opinia naszych bliźnich jest rzeczą nieznaną. Albo jesteśmy mężczyznami, albo kobietami. Albo jesteśmy zimni, albo sentymentalni. Albo młodzi, albo się starzejemy. W każdym razie życie jest jedynie pochodem cieni i jeden Pan Bóg wie, czemu z takim zapałem bierzemy je w objęcia i z tak wielkim bólem przeżywamy ich odejście, skoro to tylko cienie. I dlaczego, skoro to wszystko i jeszcze dużo więcej jest prawdą, dlaczego zaskakuje nas nagłe olśnienie, że oto ten młody człowiek jest ze wszystkich rzeczy tego świata najrealniejszy, najsolidniejszy, najlepiej nam znany — dlaczego? Wszak już za moment nic o nim nie będziemy wiedzieć.

A co do kobiecego piękna, to jest ono jak światło na morzu, które nigdy nie pada na pojedynczą falę. Każda kobieta je ma, każda je traci.

Rozmowa w restauracji to rozmowa oślepionych lunatyków, tyle jest rzeczy, na które trzeba patrzeć, tyle hałasu, głosy innych. Czy wolno podsłuchiwać? Tak, ale nikt nie może podsłuchiwać nas.

To nie katastrofy, morderstwa, śmierć czy choroby nas zabijają i postarzają, ale sposób, w jaki ludzie patrzą, śmieją się, wskakują na stopnie omnibusów.

Narrator oprowadza po ulicach, czasem towarzyszy w podróży, innym razem jest niemal niezauważalny. Otwiera też drzwi do pokoju Jakuba…

A jeśli chodzi o to, by udać się za nim do jego pokoju — nie, tego nie zrobimy.
Ale jednak właśnie to robimy.

Właśnie to.

Virginia Woolf, Pokój Jakuba, tłum. M. Heydel, Kraków 2009.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: