Eustachy Rylski, „Warunek”

Arancewo na przedpolach Moskwy, bezkresne przestrzenie, litewska Nekla — miejsca akcji. Rok 1812, kampania rosyjska Napoleona — czas akcji. Jednak to wszystko jest nieistotne, stanowi tło, efektowne wprawdzie, ale rozmyte. Rozmyte dlatego, że ostrość zogniskowana jest wokół zagadnień innych, bardziej uniwersalnych: pewnych międzyludzkich napięć, przypadkowych spotkań, błahych uwikłań, które nie wiedzieć kiedy stają się dominantami losu. Pewnego dnia szwoleżer Andrzej Rangułt wraz ze swoimi kompanami: Rudzkim, Dreszerem i Wolaninem, przejeżdżał między poległymi żołnierzami. Rudzki końcem szabli chciał ująć sakwę jednego z nich, a ten niespodziewanie przytrzymał ją, a potem wstał, zwymiotował, poprawił mundur i przedstawił się: Semen Hoszowski. Z kwatery wodza naczelnego. Porucznik ów dostał konia i pogalopował razem ze szwoleżerami przez zagadkowy kraj.

Kraj, który się sprzysiągł w złej sprawie. Niby bezludny, pusty, ale niechby tylko co. Niby obojętny, lecz gotów na wszystko. Niby otwarty, chciałoby się rzec, na oścież, ale jednocześnie przyczajony jak dzikie zwierzę. A gdzie ludzie, tam bezwstydny, demonstracyjny gwałt na wszystkim, co żyje i nie żyje. Zresztą różnica między jednym a drugim niewielka. Widzi się przed sobą życie, przejeżdża się, odwraca głowę, a tam już po życiu. Jakby minęło, bez skargi, w zgodzie na własną nietrwałość wobec bezmiaru. Od czasu do czasu, jak pułapka, pozory dobroduszności. Jakiś pokłon do ziemi, jakiś uśmiech, ciepły gest, ujmująca za serce fraza, ale nie daj Bóg się na to nabrać, uwierzyć. Kraj, który jak zechce, to zamęczy każdego na śmierć, a jak odpuści, to zdarzy się to samo z siebie. W tym względzie nieodpowiadający za żadnego ze swoich demonów, bo co by nie było i jak by nie poszło, wykupiony będzie od winy swoją bezgranicznością, swoim nieodłącznym bezwładem. Wchodzi się weń łatwiej niż w każdy inny, ale z upływem czasu zapada głębiej, aż nieruchomieje się na amen.

Poszło o głupstwo, padło kilka słów za dużo i nie było już odwrotu. Był za to pojedynek, w którym Rangułt, pierwszy kawalerzysta Rzeczpospolitej, chybił, a Hoszowski nie zdążył oddać strzału, bo przeciwnikom przerwano. Odtąd ich losy się splotły, tryby zazębiły i — chcieli tego czy nie chcieli — wzajem ratowali i niszczyli sobie życie. Trudno wyrokować, czy można ich nazwać przyjaciółmi. Chwile, gdy jeden chciał przystawić drugiemu pistolet do skroni i pociągnąć za spust, zdarzały się nadzwyczaj często. Chociażby wtedy, kiedy Rangułt przypatrywał się śpiącemu Hoszowskiemu.

Nie zwracał uwagi na widoki, nie zaciekawił go żaden ptak, zając, żadna mysz, obojętnie odnosił się do koni, zamknięty w ponurym, bezpowietrznym świecie. Nikomu nie dozwalał do siebie wstępu. Nie uchylał drzwi nawet na szparę. Kiedy milkł, zatrzaskiwał się na amen. A przy tym ta irytująca łatwość, pomyślał Rangułt. Powozić, czemu nie? Pół kury zeżreć w okamgnieniu, bardzo proszę. Zasnąć na igliwiu pod lasem, w rzeczy samej.

Mimo że wędrówka-ucieczka przez bezkresną Rosję wynikała z ich czynów oraz podjętych decyzji, odnosi się wrażenie, że połączyło ich coś, co kryje się właściwie poza nimi samymi, ponad ich wyborami, a oni — buntujące się marionetki — muszą kroczyć w rytm melodii granej przez los, opatrzność, przypadek, fatum czy jak to inaczej nazwać. Piękne słowa o honorze, ojczyźnie, bohaterstwie są słowami, pod nimi jest jeszcze głuche przekonanie, że wojna to bardzo prosta rzecz — trzeba zabić, nim zabiją ciebie. Tyle.

— Myślałeś kiedy, że zeżrą cię wilki? — zapytał Hoszowski. Szwoleżer uśmiechnął się lekko, tak lekko jak ludzie, którzy wyzwolili się ze wszystkich ciężarów. Hoszowski przełknął owoc tarniny i zamarzył:
— Gdyby można było rozpalić ogień…
— Zeżrą nas na surowo — odpowiedział mu Rangułt. — Ale jest coś, co mnie pociesza — dodał.
— Co?
Rangułt spojrzał wymownie na wynędzniałego porucznika, a potem na swoje chude nogi ze sterczącymi kolanami, obłóczone w podarte, za krótkie neapolitańskie spodnie. Rzekł z przekonaniem:
— Pociesza mnie to, że się nie najedzą.

Dziwna to powieść, niedookreślona. Pierwszy raz czytałam Rylskiego i nie ostatni.

Eustachy Rylski, Warunek, Warszawa 2005.
Reklamy

2 thoughts on “Eustachy Rylski, „Warunek”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: