Michał Olszewski, „Zapiski na biletach”

Takie książki powinno się czytać w pociągu. W zgodzie na tymczasowość, nietrwałość, ulotność sytuacji. Przenosić wzrok z kartek na widok za oknem, obrzucać szybkim spojrzeniem współpasażerów, wychwytywać strzępki rozmów, przypominać sobie o czymś, a potem znowu wracać do zapisanych stron, nie tracąc przy tym czujności, nie zatapiając się zupełnie ani w podróży, ani w lekturze. „Zapiski na na biletach”. Wspomnienia na skrawkach papieru.

Michał Olszewski jest uważnym obserwatorem. Nie dalekie kraje, nie odległe kontynenty, nie egzotyczne państwa postanowił utrwalić w swoich tekstach, ale Polskę. Peryferia. Dworce. Szczegóły. Sam twierdzi, że jeździ i kolekcjonuje okruchy świata, zbiera nieistotne strzępy. Nie próbuje ich sklejać w całość. Pisze o sztucznych kwiatach w restauracjach, kieszonkowcach, widokach, ludziach dziwnie nieszczęśliwych, pędzie ku nowoczesności oraz bogactwu, frustrujących absurdach i pięknych jeziorach. Chaos rzeczywistości. Na wyciągniętej dziennikarskiej dłoni. Tak, podróże kształcą, chciałoby się rzec. Lektura zbioru podróżniczych próz też. I jeszcze zdjęcia są. Dworców, barów, ulic, drzew.

Będę bronił rozpadającej się na naszych oczach w gruzy dawnej hierarchii środków lokomocji: nic ponad pociąg. Choćby najbardziej luksusowe auto czy autobus nie dorównają stukotowi stalowych kół.

Nic ponad pociąg — jego ociężałą, wiecznie przybrudzoną elegancję, która burzy statykę przestrzeni swym regularnym szumem. Żaden inny pojazd nie wpasował się do tego stopnia w przyrodę, nie zrósł z krajobrazem tak mocno, niczym topniejący lód na marcowych jeziorach, bieg sarny czy zachwaszczone pola. Jadąc samochodem, tracimy przekonanie, że suniemy przez świat niemal naturalnie, w mało ofensywny sposób. Blizny dróg, hałaśliwe i nerwowe, orzą do głębi skórę ziemi, rozrastają się na mapie, krojąc ją na coraz mniejsze kawałki. Poszerzać, dobudowywać, uzbrajać w sieć logistyczną i infrastrukturę, wydzierać na potrzeby stacji benzynowych, moteli i autostrad coraz to nowe przestrzenie.

A tu wagon statecznie kolebie się po szynach, mimo swojej wagi muskając zaledwie grunt. Poprzestaje na minimum. Wystarczy wąski pas przestrzeni przecinającej pola — reszta pozostaje w stanie nienaruszonym. Bez trupów zwierząt na jezdniach, stacji kontroli pojazdów, rozjechanych poboczy. Z delikatnością stentu, który wsuwany w tętnicę udową przez kardiologa, biegnie żyłami do serca, nie naruszając ciała. Półżywa istota, bliższa stadom saren niż samochodom. Wieloryb wśród agresywnych ławic samochodowego drobiazgu, gatunek skazany na wyginięcie.

I dalej: jeżeli każda podróż prowadzi przez własne wnętrze, to pociągiem dostajemy się tam najszybciej. Usypiani monotonnym rytmem kół, oddzieleni od świata podwójną szybą, nareszcie odcięci od szczegółów rozpraszających uwagę, jednocześnie błądzimy po krajobrazie i wspomnieniach. Mieszają się te dwie substancje, dając koktajl przyprawiony sporą dawką melancholii.

Michał Olszewski, Zapiski na biletach, Warszawa 2010.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: