Tadeusz Konwicki, „Kompleks polski”

„Kompleks polski” to pierwsza polska powieść, która ukazała się poza zasięgiem cenzury.  Wydano ją w 1977 roku w trzecim numerze „Zapisu”.

Jest Wigilia. W kolejce przed sklepem państwowej firmy „Jubiler” stoją ludzie i czekają na dostawę. Będą stać, rozmawiać, stać, wychylać kieliszki, stać, narzekać i krzyczeć na każdego, kto choć spróbowałby się wepchnąć. Nie doczekają się. Zamiast złota przywiozą bowiem rosyjskie samowary. W ogonku stoją Tadźka Konwicki (zbieżność personaliów z personaliami autora zupełnie nieprzypadkowa), Kojran, Duszek, pani w za dużej pelisie, student, Francuz anarchista, facet w dżinsie i inni. Wątek kolejkowy został zderzony z fragmentami dotyczącymi powstania styczniowego. Pojawiają się dwie wtrącone historie — Zygmunta Mineyki, pułkownika małego litewskiego oddziału, oraz Romualda Traugutta, spędzającego ostatnią noc przed objęciem dyktatury z ukochaną Tonią. Czy można pokusić się o stwierdzenie, że istnieje paralelizm losów? Narrator twierdzi na przykład, że Wanda, z którą spotkał się Zygmunt, była bardzo podobna do Jaskółki, łączniczki aresztowanej w 1944.

A przed tobą, tak jak i przede mną parę pokoleń później, była już tylko niewiadoma, tajemnicza, majestatyczna przyszłość. Był twój los nieodgadniony i była Golgota ojczyzny. Było gorące, duszne spodziewanie się, było podniosłe, strzeliste przeczucie. Miałeś dwadzieścia trzy lata. Byłeś starszy ode mnie o pięć lat i młodszy o osiemdziesiąt [s. 42].

Wolność, niewola. Tamto zniewolenie (konsekwencja rozbiorów), to zniewolenie.

Dawniej zniewolonemu przysługiwało prawo krzyku, dziś niewolnikom zapewniono prawo milczenia, niemoty. Krzyk przynosił ulgę, krzepił zdrowie jak noworodkowi, hartował na przyszłość. Milczenie, niemota degenerują, duszą, zabijają. Dawniej, zniewolony, kiedy odzyskał wolność, mógł bez przeszkód włączyć się do wielkiej rodziny wolnych narodów. Dziś, przypadkiem uwolniony, nie będzie już zdatny do życia. Sam zginie od jadów, które zgromadził w sobie podczas czarnej nocy ubezwłasnowolnienia [s. 133-134].

Kojran to charakterystyczna postać prozy Konwickiego. Mówi tak:

Pan mnie nie pamięta, a ja pana znam [s. 7].

Może precyzyjniej byłoby napisać inaczej — to jeden z wielu bohaterów, skonstruowanych jako ilustracja zacytowanego zdania, bohaterów-widm wojennej przeszłości. Przypominają kogoś, ale nie do końca wiadomo kogo. Niepokoją, wżerają się w pamięć, przestają w niej istnieć, a potem znienacka… fragmentarycznie odżywają, powracają jak bumerangi wyrzutów sumienia. Jak wspomnienia. Jak raptowny strach.

Tadeusz Konwicki, Kompleks polski, Warszawa 1990.
Advertisements

2 thoughts on “Tadeusz Konwicki, „Kompleks polski”

  1. A czytałaś może książkę Rafała Ziemkiewicza „Polactwo”?

    Niedawno nową wydał pt. „Zgred”, ciekawie się zapowiada z fragmentów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: