Ostrokrzew, jemioła i bluszcz

Ilustracja Johna Leecha do pierwszego wydania Opowieści wigilijnej Dickensa (1843 r.)

 

„Dżentelmeni z gatunku tych bardziej obytych w świecie, którzy chełpią się znajomością przeróżnych forteli i potrafią jakoby sprostać każdej sytuacji, dając wyraz swemu zamiłowaniu do przygód, twierdzą zazwyczaj, iż przygotowani są na wszystko — od gry w cetno i licho poczynając, kończąc zaś na morderstwie. Między którymi to dwiema ostatecznościami znajduje się bez wątpienia niemało innych jeszcze możliwości. Otóż nie chcąc bynajmniej aż tak śmiało przemawiać w imieniu Scrooge’a, nie cofnę się wszelako przed twierdzeniem, iż był on przygotowany na nader liczny i bogaty dobór najdziwaczniejszych postaci oraz że nic nie zdołałoby go wprawić w zdumienie — od niemowlęcia począwszy, skończywszy zaś na nosorożcu.

Ale przygotowawszy się na wszystko nie przygotował się na jedno, na to mianowicie, że się nic nie zdarzy. Kiedy więc zegar wybił pierwszą i nie stanęła przed nim żadna zgoła zjawa, ciałem jego zaczęły wstrząsać gwałtowne dreszcze. Minęło pięć minut, dziesięć minut, pół godziny — i nikt nie przyszedł. Przez cały ten czas Scrooge leżał na łóżku w samym środku czerwonawego światła, które spłynęło na niego silnym strumieniem w chwili, gdy zegar wybił godzinę, a które właśnie dlatego, że było jeno światłem, trwożyło go bardziej niźli tuzin najupiorniejszych zjaw. Scrooge żadną miarą nie mógł odgadnąć, co światło to oznacza i czemu tak świeci, chwilami zaś ogarniał go lęk, że jest może interesującym przypadkiem samozapalenia się, nie mając nawet tej pociechy, iż zdaje sobie z tego sprawę. Jadnakże w końcu przyszło mu na myśl — ja od razu bym o tym pomyślał, jak ty, czytelniku, albowiem zawsze ta osoba, która nie znajduje się w tarapatach wie, co należy zrobić, i w razie czego z pewnością by to zrobiła — w końcu, powtarzam, przyszło mu na myśl, że źródło tego nieziemskiego światła oraz jego tajemnica kryje się w sąsiednim pokoju, skąd jak doszedł niebawem do wniosku po dokładniejszym zbadaniu rzeczy, zdawało się promieniować. Myśl ta tak nim owładnęła, że wstał cicho i w pantoflach poczłapał do drzwi.

Zaledwie położył rękę na klamce, jakiś obcy głos zawołał go po imieniu prosząc, aby wszedł do środka. Scrooge usłuchał.

Był to jego własny pokój, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Ale jakże zdumiewające zaszły w nim przemiany. Ściany i sufit tak hojnie przystrojone były zielenią, że pokój sprawiał wrażenie altanki, gdzie spomiędzy gałęzi błyszczały czerowne jagody. Sztywne liście ostrokrzewu, jemioły i bluszczu odbijały światło niczym małe zwierciadełka rozwieszone dokoła pokoju. Na palenisku huczał ogień tak potężny, jakiego ten starożytny posępny kominek nie znał ani za czasów Scrooge’a i Marleya, ani też wiele lat przed nim. Na podłodze piętrzył się ułożony w kształcie jak gdyby tronu stos indyków, gęsi, dziczyzny, drobiu, dzikiego ptactwa, poćwiartowanego mięsa, prosiąt, długich wianków kiełbasy, pierożków, budyni, beczułek z ostrygami, pieczonych kasztanów, rumianych jabłek, soczystych pomarańczy, ponętnych gruszek, ogromnych placków i dzbanów z wrzącym ponczem, którego para napełniała pokój najrozkoszniejszą z woni. A na tym tronie rozparł się wygodnie wesoły olbrzym, którego widok nadzwyczajnie radował oczy”.

Karol Dickens, Kolęda prozą, czyli opowieść wigilijna o duchu, przeł. K. Tarnowska, Warszawa 1968, s. 63-65.
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: