Kōbō Abe, „Kobieta z wydm”

Przegrana zaczyna się w momencie, gdy pomyślałeś, że przegrywasz [s. 110].

Kōbō Abe to japoński prozaik, którego twórczość bywa porównywana do osiągnięć teatru absurdu i dokonań Kafki. I czy przywołamy na myśl dramaty Becketta, umieszczające człowieka w przestrzeni nieludzkiej, i czy pomyślimy o Kafkowskim Józefie K., smutnym skazańcu, i czy, to już moje swobodniejsze skojarzenie, przypatrzymy się „Pałacowi lodowemu”, połyskującemu w jakiś złowrogi sposób, i czy spojrzymy na „Kobietę z wydm”, to na plan pierwszy wysunie się jedno słowo — uwikłanie. To sedno. Zmieniają się tylko rekwizyty.

Teraz myśleć o własnej godności to tyle, co prasować brudną koszulę [s. 130].

„Kobieta z wydm” to powieść o klęsce. Marzeń, złudzeń, wyborów.

Zafascynowany piaskiem entomolog z Tokio wyrusza na wyprawę. Ma nadzieję, że na wydmach znajdzie nieznany dotąd gatunek owada. Zmęczony i nieco zagubiony spotyka rybaka, który postanawia dopomóc mu w znalezieniu noclegu. Mieszkańcy wskazują miejsce —  jamę w wydmie, na dnie której stoi domek. Mężczyzna schodzi po drabince, spotyka mieszkającą tam kobietę. Nic nie zapowiada niebezpieczeństwa.

Najbardziej przykre było czekanie. Czas układał się warstwami niczym głębokie fałdy na podbrzuszu węża. I gdyby nie zatrzymywał się na każdym zagięciu, nie mógłby posuwać się naprzód. Ale w każdej fałdzie, pod rozmaitymi postaciami, kryły się zwątpienia — każde z własną bronią. Trzeba niezwykłego wysiłku, aby polemizując z nimi lub ignorując je, przełamywać się i iść naprzód [s. 107].

Piasek wdziera się wszędzie. Ciągły ruch drobinek ma w sobie coś fatalistycznego. Kobieta rozpina parasol nad głową podczas posiłków, żeby nie nasypało się piasku do jedzenia. Strych musi być reguralnie oczyszczany, bo inaczej nagromadzi się tyle piasku, że sufit może nie wytrzymać. Co noc kobieta napełnia piaskiem bańki po benzynie, a mężczyźni wciągają je na górę. Gdyby mieszkańcy nie pracowali jak pszczoły przy usuwaniu piasku, zasypałoby całą wieś.

Nagromadzone dotąd zmęczenie rozchodziło się — zataczając kręgi — niby tusz wpuszczony do wody; było meduzą, ozdobną, pachnącą saszetką, tworzyło diagram jądra atomowego [s. 142].

Następnego dnia mężczyzna odkrywa, że nie ma już drabinki. Nie można stamtąd uciec. Kobieta traktuje swe uwięzienie i obowiązki jako coś oczywistego, dziwi się, że przybysz tego nie rozumie, zbywa milczeniem niektóre jego pytania. Co ciekawe, ani razu nie pojawia się imię kobiety. Mieszkańcy wioski zwracają się do niej „babciu”, chociaż jest trzydziestolatką. Może niektóre przeżycia postarzają człowieka?

W obliczu pragnienia zdolność myślenia i wydawania sądów były tylko płatkiem śniegu, który spadł na rozpalone gorączką ciało [s. 136].

Mężczyzna chce uciec. Jak ktoś, kogo spotyka nieszczęście, na początku się szamoce, próbuje myśleć, działać, robić coś. Potem przychodzą różne inne stany — od bierności po agresję. Trwa to tak długo, aż coś w człowieku pęknie, skruszy się. I wtedy będzie już wszystko jedno.

 Kōbō Abe, Kobieta z wydm, przeł. M. Melanowicz, Kraków 2010.
Reklamy

6 thoughts on “Kōbō Abe, „Kobieta z wydm”

  1. Świetnie i niepokojąco! Hm, a co Ci szczególnie przeszkadzało? Czy chodzi raczej o to, że taki zamysł powieści przy lepszej literackiej „obróbce” mógłby stać się arcydziełem?

  2. Druga wersja – przy lepszej literackiej „obróbce” Kobieta z wydm mogłaby być arcydziełem (niektórzy ją i tak uważają za arcydzieło ; )).
    Zbyt wiele mi – językowo – zgrzytało. Nie zawsze było płynnie.

  3. Rozumiem, ale cóż zrobić…
    (Westchnienie).
    Z drugiej strony – może wtedy utwór stałby się całkiem inny? Może piasek tak zgrzytał?
    (Ot, dywagacje).
    Chyba pozostaje Ci myślenie o „Kobiecie z wydm” jako o niespełnionym arcydziele, a zazwyczaj to, co w marzeniach, jest piękniejsze niż to, co w rzeczywistości ;)
    (Marzenie o piękniejszej „Kobiecie z wydm” – słowa przesypują się szybciej i płynniej niż piasek, kobieta jest jeszcze bardziej tajemnicza, bezbronna, niezależna i uwikłana, a w opisie ucieczki mężczyzny niemal słychać łomot serca).

    A tak na marginesie – bardzo podoba mi się okładka tego wydania.

  4. Bardzo lubię tę opowieść. Przeczytałam ją pierwszy raz jeszcze w średniej szkole (teraz mam blisko czterdziestkę) i od tamtej pory wracam do niej średnio co dwa lata. Zauważyłam, że bardziej lubię wracać do tych pozycji, które ‚chodzą po mnie’ i zauroczyły wiele lat temu i które MUSZĘ co jakiś czas czytać na nowo, niż sięgać po nowe, nieznane historie. To mnie trochę martwi, ale może mam już syndrom ‚Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem’?
    pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: