Pożytki z uważnej lektury płynące

„No dobrze. Przeróbmy go na Zolę. «Realizm cofnął sztukę do jej wiekuistego źródła: do obserwowania i wyjaśnienia natury; ale uciekając ze świątyni magów i kuglarzy tak się rozmachał, że — jedną nogą wpadł do chlewa» — pisał Prus (1885). Musiał planować już Lalkę — i przy Lalce pozostaniemy. I czy wzdragał się przed chwytami Zoli? Może się wzdrygał, lecz nie wzdragał. Bynajmniej. I nie myślę tu wcale o ruszającej się od robactwa i beznosych syfilityków kupie śmieci z Powiśla. Mam raczej na myśli pisarską rzetelność, którą też można nazwać konsekwencją, a która polega na tym, że tworząc jakąś scenę, opisuje się ją do końca. Ma się rozumieć, Prus musiał liczyć się z konwenansem, ale czy mu to przeszkadzało? Przeciwnie. Świetnie sobie z drastycznościami radził. Tylko trzeba czytać uważnie.

Oto przykład z samego początku Lalki. W rozdziale drugim pierwszego tomu na scenę wchodzi Ignacy Rzecki. Prus w pierwszych dwu akapitach opisuje z zabójczą precyzją jego kawalerskie mieszkanko, a od trzeciego — poranek starego subiekta. Że wstaje zawsze o szóstej, przezwycięża nocne zesztywnienie, polewa się w miednicy zimną wodą i spoglądając na chuderlawe ciało, pociesza się, że mężnieje. Potem wypuszcza psa, pospiesznie się ubiera, równie spiesznie pije herbatę, pobieżnie się czesze i w pół godziny jest gotów. Aliści wiemy — i Prus wie także — iż człowiek po przebudzeniu, nawet nie pijąc herbaty, wykonać musi pewną czynność fizjologiczną, którą literatura piękna z reguły przemilcza. Ale Prus nie przemilcza. Coś chyba przejął od Zoli. Zobaczmy, jak rozwiązuje to pisarskie zadanie: «Pan Rzecki, wciąż ubierając się z pośpiechem, wypuszczał psa, mówił dzień dobry służącemu, wydobywał z szafy imbryk, mylił się przy zapinaniu mankietów, biegł na podwórze zobaczyć stan pogody, parzył się gorącą herbatą, czesał się nie patrząc w lustro i wpół do siódmej był gotów».

«Biegł na podwórze zobaczyć stan pogody…» Wygódki były zawsze w podwórzu.

Inny przykład. W rozdziale siódmym tomu drugiego jesteśmy w Zasławku, gdzie zebrani spędzają czas na wiejskich rozrywkach i komerażach. Zaraz pierwszego wieczoru idą wszyscy do parku. Stary tabetyk baron Dalski towarzyszy 18-letniej narzeczonej, pannie Ewelinie Janockiej o urodzie lalki Barbie, lecz rozbudzonych potrzebach. Bawi ją rozmówką o miejscowym donżuanie panu Starskim. I nagle panna Ewelina wszczyna grę. Blednie, «pada» na ławkę, odsyła barona po szal. Po czym odchodzi z Wokulskim w głąb parku na tyle daleko, by mógł podbiec Starski z wieścią, iż damy domagają się towarzystwa Wokulskiego. Zawahawszy się, czyli wietrząc intrygę, Wokulski odchodzi. A po chwili spomiędzy gazonów jest świadkiem, jak baron z szalem w dłoni daremnie wzywa narzeczoną, która gdzieś znikła. «Ciekawym — szepnął — co mu powiem, jeżeli mnie spotka?… Po diabła ja wlazłem w to błoto?…» Jękliwy głos barona: «Panno Ewelino!… Panno Ewelino!…» długo jeszcze rozbrzmiewa to tu, to tam w mrocznym parku, a tymczasem panna Ewelina wykonuje w zaroślach szybki numerek z panem Starskim. I na tle owej akcji Wokulski odbywa pierwszą czułą rozmowę z ukochaną.

Możecie sobie wyobrazić coś takiego u Orzeszkowej?

To było ze środka, więc teraz przykład z końca. W rozdziale dziewiętnastym drugiego tomu słabnący pan Rzecki jak zawsze w sobotni wieczór układa w sklepie wystawę. To właściwie ostatni obowiązek, na jaki pozwala mu nowy właściciel Szlangbaum. Lecz pan Ignacy nie wie, iż Szlangbaum nakazał jednemu z nowych subiektów pilnować go przy tej czynności — może Rzecki coś podwędza? «Nagle usłyszał łoskot. Spojrzał w głąb sklepu i zobaczył wydobywającą się spod kontuaru ludzką figurę». Rzekomy złodziej odkrył innego rzekomego złodzieja. I tutaj drugie zaskoczenie. Młody subiekt, miast uciec lub udzielić wyjaśnień, robi jedno i drugie. Uciekając, udziela zdumiewającego wyjaśnienia: «Bardzo przepraszam, panie Rzecki, ale… ja zaraz przyjdę…». I w rzeczy samej «pan Izydor Gutmorgen po dłuższej nieobecności wrócił do sklepu, co jeszcze więcej zadziwiło Rzeckiego». Właściwie to moment tragiczny. Rzecki uświadamia sobie, że był szpiegowany. Za parę chwil powali go śmiertelny atak serca. Ale staremu subiektowi nie wzbrania to pojmować, z jakiej przyczyny szpicel Szlangbauma zdradził swą obecność. Zamyka go z zewnątrz w sklepie z drwiącym: «Posiedźże sobie do rana, kiedy ci niedobrze!… I zostaw pamiątkę swemu pryncypałowi». Inaczej mówiąc, tym, co Izydora wywabiło z kryjówki, był nagły napad niedyspozycji, zwanej powszechnie sraczką. I na tym wonnym tle żegna się Rzecki ze sklepem i z życiem.

I co? Zły Zola?”

Jan Gondowicz, Jak skończyła Izabela Łęcka, „Książki” 2011, nr 3, s. 50.
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: