Maria Kuncewiczowa, „Tristan 1946”

Kobiety lubią zadawać pytania. A nuż cud się stanie i prawda okaże się nieprawdą? [s. 186]

Prawda?

W powieści psychologicznej pytania się piętrzą. I te wtopione w narrację, i te rodzące się w głowie czytającego. Pytania tworzą pajęczynę, która oplata źdźbło legendy.

Śledziłam czerwoną nić legendy, jak od skrętu do skrętu dziwniała, czerniała, aż wreszcie zerwała się [s. 103].

Temat Tristana został w przeszłości opracowany w wielu wersjach. Żadna nie dotrwała do naszych czasów. (Taka fragmentaryczność może pobudzać wyobraźnię. Czy to nie ciekawe, co kryją takie miejsca puste? Może w świetle tego, co przepadło, to, co pozostało, wyglądałoby zupełnie inaczej?) Do dziś zachowały się dwa fragmenty poematów o Tristanie. Autorem wersji ludowej był Béroul (opowieść prosta i patetyczna), autorem wersji przeznaczonej dla dworzan — Thomas (opowieść bardziej wyrafinowana). W 1900 roku Józef Bédier opracował nowofrancuską wersję prozaiczną, „która po dziś dzień wzrusza każdego czytelnika”, jak twierdzą autorzy „Dziejów literatur europejskich”.

Maria Kuncewiczowa przeszczepia opowieść w inne realia. Wanda (początkowo z jej perspektywy prowadzona jest narracja) mieszka na Półwyspie Kornwalijskim. Już mamy pierwszą zbieżność — król Marek z legendy był wszkaże władcą Kornwalii. Wanda przybyła tam na początku wojny, w trakcie której zginie jej mąż. Syn Michał po upadku powstania został wywieziony z Warszawy jako jeniec, znalazł się w obozie wyzwolonym przez Amerykanów, a potem długo przebywał w szpitalach. I teraz Michał pisze list z pytaniem, czy Wanda nie mogłaby go zabrać do siebie.

Michał patrzył, jak wali się świat, to go musiało nauczyć i strachu, i dystansu, i cynizmu. Po przyjeździe do matki poznaje Kathleen, Irlandkę. Tristan styka się ze swoją Izoldą. Ubił smoka? Ubił. Tyle że smoka kryjącego się w hitlerowskim żandarmie. Był napój miłośny? Był. Tyle że w formie symfonii Francka. Byli źli baronowie? Oczywiście. Myślicie, że trudno o złych baronów? Trzeba przyznać, że bardzo pomysłowo zostały wszystkie równoległości i nawiązania do mitu skonstruowane.

[…] ta gadka przez rok nabierała dla mnie prawdopodobieństwa, aż stała się strasznym prawzorem losu mego syna, refleksem niezmienności przyrody, obsesją. Wygnani z kraju poezji, średniowieczni kochankowie ukryli się w Moreńskim Lesie. Gdzież mieli się skryć kochankowie współcześni, jak nie w mieście, w tym wielkim ludzkim lesie? [s. 83]

Można zadać sobie pytanie: czy rzeczywiście mogą istnieć prawzory losu? Literackie uogólnienia nabierające znamion uniwersalności? Czy każda miłość jest równie niezwykła, jak ta wyczarowana napojem magicznym? Muzyką? Bo w powieści Kuncewiczowej właśnie muzyka staje się miłosnym katalizatorem.

Oni byli tak wyjątkowi. Wywyższeni sobą? Uwzniośleni czymś nie do sprecyzowania? Tylko skończyli jak zwykli ludzie. I właśnie zakończenie jest odmienne od tego, które podaje nam legenda. To znaczące.

Maria Kuncewiczowa, Tristan 1946, Warszawa 1979.

 

Reklamy

4 thoughts on “Maria Kuncewiczowa, „Tristan 1946”

  1. Dziękuję :) Warto sięgnąć. Na pewno. Tylko że na świecie jest tyle książek, do których warto sięgnąć, że i tak trzeba z wielu zrezygnować. Nawet jeśli to nie wypada.

    Z tą smutna refleksja na koniec dnia przesyłam i pozdrowienia :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: