Chochlik drukarski a koniec świata

„No cóż, żyło się w epoce błędów. Te, przytoczone tutaj, to jeszcze takie błędy na pół bidy, rozkoszny fragmencik naszej Póstyni Błendofskiej. Swoją drogą, gdzie jeszcze na świecie jest pustynia pod wezwaniem Błędów? Tylko u nas. Nie ma takiej drugiej.

[…] W czasach wczesnego PRL-u modne były akcje. Była na przykład taka akcja W — chodziło o zwalczanie chorób wenerycznych. W jakiś czas potem ogłoszono Akcję H. Jej celem było wyprodukowanie jak największej liczby świń, bo trzeba było schaboszczaków dla kochających nas (inaczej) sąsiadów. Czynniki robiły, co mogły. Jeździły czynniki po ojczyźnie i propagowały. Fotografowano jakieś wyjątkowe okazy, no i stało się! W jednej z centralnych partyjnych gazet (chyba to był organ ZSL-u) nie zgrano dwóch zdjęć z dwoma podpisami. Na jednym zdjęciu była jakaś nieprawdopodobnej tuszy maciora podziwiana przez otaczający ją krąg chłopów w punkcie skupu żywca. Na drugim zaś figurował minister rolnictwa, który wtedy nazywał się Dąb-Kocioł. Minister dyskutował z dużym gronem działaczy samorządowych. Pod zdjęciem z rekordową świnią znalazł się podpis informujący, że minister spotkał sie z działaczami, a pod zdjęciem z ministrem informowano, jakiego to wspaniałego tucznika dostarczono do skupu żywca w ramach Akcji H. Ha, ha, ha! Zabawne, ale nie dało się tego wtedy spożytkować.

O wiele groźniejszy był potężny tytuł na pierwszej stronie Dziennika polskiego, i to w przeddzień rewolucji październikowej, którą obchodzono zawsze w listopadzie. HUTA IMIENIA LENIA WYKONAŁA PLAN. Pod redakcję na syrenach podjeżdżała maszina za maszinu z groźnymi organami i zaczęło się śledztwo, kto to celowo niewątpliwie zrobił. A zrobił to najprawdopodobniej, i to zupełnie bezcelowo, skrzat-dowcipas zamieszkujący od wieków wszystkie drukarnie. Nazwano go chochlikiem drukarskim. Bywał także mniej polityczny, a bardziej pikantny. W Expressie Wieczornym przez dwa lata drukowano rubrykę POMAGAJMY SOBIE NAWZAJEM. I nagle pewnego dnia w słowie pomagajmy zamiast litery znalazła się litera c. To ten drań chochlik, nudząc się w drukarni, zrobił głupi kawał. Ale to jemu właśnie zawdzięczamy tę książkę, którą Państwo trzymają teraz w ręku. Jemu też należą się gorące podziękowania za to wszystko, co narozrabiał i mamy nadzieję, że pewnie dalej rozrabiać będzie. Merci (z francuska, żeby było eleganciej) mówimy również tym wszystkim, którzy nadsyłali, a także tysiącom nożyczek, które anonimowo i całkowicie bezinteresownie wycinały, wycinały i wycinały. I oby tak było dalej. Bo kiedy błędy znikną raz na zawsze, to zrobi się bardzo smutno. Smutno, jak jeszcze nigdy nie było. Ponieważ będzie to oznaczało, że nastąpił koniec świata”.

Ludwik Jerzy Kern, Co w drókó piszczy, czyli Póstynia Błendofska, Kraków 2006, s. 337-339.
Reklamy

2 thoughts on “Chochlik drukarski a koniec świata

  1. Nie na temat – widzę, że Pod namiotem życia ma konto na fb xD Świetnie xD Gdybym miała tam profil, to bym lubiła. Tak pozostaje mi tylko lubić poszczególne wpisy na blogu.

    Pozdrawiam ciepło i życzę przyjemnego popołudnia-prawie wieczoru ; )

  2. Tak, rozbiłam dzisiaj namiot na polu fejsbukowym :) Dziękuję za lubienie i co ważniejsze – czytanie.
    Dobranoc, spokojnych snów :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: