Wieniamin Kawierin, „Werlioka”

Mam czasem wrażenie, że tytuły książek przypominają obietnice. I jak to z obietnicami bywa — mogą być spełnione lub niespełnione. Wypisuję sobie takie tytuły-obietnice (kolejność przypadkowa, wybór też): „Fabryka bezkresnych snów”, „Jak karmić motyle?”, „Księga złudzeń”, „Mam łóżko z racuchów”, „Panoptikum miasta Pragi”, „Pogrzebacz Wittgensteina”, „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”, „Przypadki inżyniera ludzkich dusz. Entertainment ze starymi tematami życia, kobiet, losu, marzeń, klasy robotniczej, tajniaków, miłości i śmierci”, „Regał ostatnich tchnień”, „Sindbad powraca do domu”, „Smutek spełnionych baśni”, „Szaleństwo samotności”, „Śmierć pięknych saren”, „Wyprawa do kraju księcia Marginała”. Tytuły książek Kawierina też można włączyć do tego zacnego zbiorku: „Jedenasty aksjomat”, „Pisać bardzo trudno”, „Stróż nocy albo siedem ciekawych historii opowiedzianych w mieście Niemuchino w tysiąć dziewięćset niewiadomym roku”. Mam nadzieję, że nie są to obiecanki cacanki. (A głupiemu radość).

A teraz „Werlioka”. Poznajcie Płatona Płatonowicza. Wprawdzie wygląda jak straszydło i nie dostrzega upływu czasu, ale nie dajmy się zwieść pozorom — to wielki astronom, który mieszka w domu z okrągłą wieżą, wypełnioną ogromnym teleskopem, mapą gwiezdnego nieba i książkami, książkami, książkami. Jeśli podsłuchamy rozmowę Różowego Kota i Szkockiej Róży, to dowiemy się, że Płaton Płatonowicz nie ma dzieci, ale urzędniczka w biurze dowodów osobistych w stosownej rubryczce wpisała: „syn Wasyl”. Według Róży to zwykła pomyłka, ale kto wie…

Pewnej nocy Płaton nie mógł zasnąć. Przechadzał się po pokoju i nucił. Nagle usłyszał wtórujący mu dźwięk pastuszej fujarki. Była właśnie wigilia Nowego Roku (to czas ważny, czas przełomu). W mrocznym pokoju coś się zaczęło zarysowywać i z drobin pyłu wirującego w księżycowym świetle wyłonił się… rudy chłopiec o błękitnych oczach. Wasyl. Płaton zawsze chciał mieć syna, więc można powiedzieć, że ujrzał swoje zmaterializowane marzenie.

Wasia nie był zwykłym chłopcem, ot, kiedy on podlewał Różę, z konewki nie przestawała płynąć woda, a to zamienił słonecznego zajączka w żywego, a to ożywił ołowiane żołnierzyki, raz nawet zdjął czar z przewoźnika, który musiał swą łodzią wozić powietrze z jednego brzegu na drugi. Można to jednak uznać za błahostki, bo Wasię czeka coś znacznie poważniejszego — walka ze złem. Z Werlioką. To jeszcze jeden wariant opowieści o starciu dobra ze złem. Tutaj też mamy swoistą „drużynę pierścienia”, do której należą: Wasia, Iwa Iwanowna (Iwa do kwadratu, jak się przedstawia) i prześmieszny kot Filip Siergiejewicz (może to jakiś krewny Bułhakowowskiego Behemota, nie pamiętam jednak dobrze, czy tamtemu też zdarzało się gadać po łacinie).

Nazajutrz po powrocie Iwy odbyła się narada, na której omówiono zbliżające się spotkanie.
— Nie, los to pojęcie zbyt mgliste — nie zgadzała się Iwa, która zachowała jeszcze ledwie wyczuwalny, żywiczny zapach lasu. — Nie los, lecz sprawiedliwość, bez której przecież smutno żyć, a umierać chyba jeszcze smutniej.
Filip Siergiejewicz uśmiechnął się jadowicie.
— Filozofujesz, moja droga — zauważył. — I dlaczego sądzisz, że bez sprawiedliwości smutno żyć? Jednym smutno, drugim wesoło.
— A może by tak spróbować przekonać Leona Spartakowicza, że sumienie jednak istnieje? — zaproponował Wasia. — Nawet jeśli on go nie ma.
— Sumienie? — nie wytrzymał Kot. — Kochani, chyba żartujecie? Jego Ekscelencja to człowiek interesu.
— Wydaje mi się, że trzeba zacząć tak — powiedział Wasia. — „Nareszcie się spotkaliśmy! Wie pan, jestem na pana bardzo zagniewany i żądam, by dopomógł pan ludziom, których tak okrutnie skrzywdził! I to za co? Jak panu nie wstyd! Przewoźnika winien pan nie tylko przeprosić, ale i wystarać mu się o rentę, nawet jeśli nie skończył jeszcze sześćdziesięciu lat. […] Przecież gdyby nie ja…” Zresztą o mnie wspominać jeszcze nie czas. No jak?
— Nędzny szczebiocik inteligenta z dziewiętnastego wieku — rzekł Kot z odrazą. — Kapuściana głowo, przecież masz w ręku jedyną broń, której on się boi. Możesz zażądać od niego pół świata…
— I parę łyżew na dodatek — powiedziała Iwa, przypomniawszy sobie Andersena.
— A ty chcesz prosić o rentę dla przewoźnika! [s. 134]

Urzeka mnie taki rozmach wyobraźni. I wesoło-smutne przeploty.

Wieniamin Kawierin, Werlioka, przeł. J. Olszowska, Warszawa 1986.
Advertisements

4 thoughts on “Wieniamin Kawierin, „Werlioka”

  1. Poszukaj też książki Kawierina „Skandalista, czyli wieczory na Ostrowie Wasiliewskim”. Tytuł też wiele obiecuje…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: