China Miéville, „Miasto i miasto”

Zawsze kiedy czytam na tylnej stronie okładki tekst typu „Powieść Miasto i miasto […] jest kryminałem wyniesionym na zdumiewające wyżyny metafizyczne i artystyczne”, zapala się w mej głowie lampka ostrzegawcza. Czytam, czytam, nagle lampka przeradza się w dźwięk syreny. Jesteśmy na miejscu zbrodni. Ofiarą jest kobieta. Później się dowiemy, że nosi piękne imię. To Mahalia.

Powieść otwiera motto z Schulza: „Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne”. I jak pięknie zostało to wykorzystane! Wyobraźcie sobie miasto… Łatwe? Łatwe. Następnie wyobraźcie sobie dwa miasta… Łatwe? Łatwe. Teraz będzie trudniej! Wyobraźcie sobie dwa miasta w JEDNYM MIEJSCU. Bo twardziel Borlú, który prowadzi dochodzenie, mieszka w jednym z takich miast. W Besźel. Drugie miasto to Ul Qoma.

Nie wiem, czy to, co budowaliśmy, było już Besźel, i czy inni jednocześnie wznosili na tych samych kościach Ul Qomę. Niewykluczone, że wówczas było to jedno miasto i schizma nastąpiła dopiero później, bądź też Besźel naszych przodków nie spotkał się jeszcze z sąsiadem, z którym miał się później spleść, zachowując jednocześnie dystans. Nie jestem znawcą czasów rozłamu, a nawet gdybym był, i tak bym tego nie wiedział [s. 61].

Istnieją trzy formy współistnienia miast. Są strefy jednolite, alteracje (chyba chodzi o sytuację, kiedy ktoś z Ul Qomy nagle znajduje się na jednolicie besźańskim terenie i odwrotnie) oraz przeploty (na przykład miejsca, w których pociągi jeżdżą na tych samych torach). Co ważne — nie wolno tego drugiego miasta zauważać, należy się zachowywać tak, jakby nie istniało. Trzeba wszystko przeoczać. Bowiem przekroczenia są surowo karane. Przez Przekroczeniówkę —  nieuchwytną instytucję wzbudzającą strach. Pojawia się znikąd, kiedy dochodzi do przekroczenia. Zabiera delikwenta nie wiadomo gdzie.

— I co ważniejsze, jest jeszcze… no wie pan. Przekroczeniówka.
Wszyscy umilkliśmy, czując się obserwowani.
— Widział pan jej ludzi?
— Pewnie, że nie. Za kogo mnie pan ma? Nikt ich nigdy nie widzi. Ale wiemy, że tam są. Obserwują nas. Wystarczy byle pretekst i będzie po nas. […] Wie pan, ilu moich przyjaciół zabrano? Nigdy już ich więcej nie widziałem. Musimy być najostrożniejsi ze wszystkich.
 To była prawda, choć pełna politycznej ironii. Ci, którzy najbardziej pragnęli przebicia granicy dzielącej Besźel od Ul Qomy, musieli jej najstaranniej przestrzegać. Gdybym ja albo któryś z moich znajomych zapomniał na chwilę o przeoczaniu — a komu to się nie zdarza, kto czasami nie zapomina o niewidzeniu? — nic nie powinno nam grozić, o ile nie będziemy się tym popisywać ani nie przejdzie nam to w nawyk. Gdybym popatrzył sekundę albo dwie na jakąś atrakcyjną ulqomankę, podziwiał przez chwilę atmosferę obu miast albo okazał irytację hałasem zagranicznego pociągu, z pewnością nie zabrano by mnie z tego powodu [s. 74].

Wiecie, jaką metodę przesłuchań obrali  sobie członkowie Przekroczeniówki, jeśli już kogoś zabiorą z poważniejszego powodu? Obserwują to, co dzieje się w snach, i słuchają tego, o czym śpiący mamrocze.

W którymś momencie pojawiło się w tekście sformułowanie: „Pieszy Schrödingera”. Oho — myślę sobie — coś z filozofii. Pudło! Z fizyki. Wpisałam bowiem „pieszego” w wyszukiwarkę, wyszukiwarka usłużnie zapytała, czy nie chodziło mi przypadkiem o kota, może i o kota, nie wiem, śledztwo literackie prowadzę. Kot już nie był pudłem. Choć siedział w pudle. To znaczy niezupełnie siedział, bo to eksperyment myślowy był.

Nie wiem, czy wszystko dobrze zrozumiałam, ale chodzi o to, że wkłada się (w myślach!) do pojemnika kota, źródło promieniotwórcze emitujące cząstki w jakichś odstępach czasu i detektor, który w chwili wykrycia cząstki uwalnia truciznę. Po upływie jakiegoś czasu możemy przypuszczać, że kot jest żywy (jeśli cząstka nie została wyemitowana, a trucizna uwolniona) lub martwy (jeśli cząstka została wyemitowana, a trucizna uwolniona). Teraz najlepsze. Fizycy prawią (w myśl jakichś założeń i przyjętej teorii), że przed otwarciem pojemnika kot jest jednocześnie martwy i żywy. Wszystko jest możliwe. Teraz najdziwniejsze. Dopiero kiedy otworzymy pojemnik, kot się zredukuje do jednego stanu, dopiero wtedy stanie się martwy lub żywy. Nie wiem, co o tym myśleć, dlatego wstawiam zabawny obrazek i stosowny cytat.

Nie wydawało się prawdobodobne, by Bowden zaatakował Dhatta albo Corwi. Gdyby to uczynił, stałby się przestępcą w jednym z miast. A gdyby zaatakował oboje, byłoby to przekroczenie. O dziwo, do tej pory go nie popełnił. Poruszał się, zachowując równowagę między miastami. Pieszy Schrödingera [s. 371].

Czasem sobie wyobrażam, że niektóre słowa w książkach to zapadnie, które prowadzą do innych książek, spraw, myśli. Albo do kotów. Zastanawiam się też, ile takich fabuł potencjalnych kryje się w Schulzu. Pisałam kiedyś o równoległych pasmach czasu, tu wykorzystano pomysł podwójnej ulicy. Ciekawe.

China Miéville, Miasto i miasto, przeł. M. Jakuszewski, Poznań 2010.
Reklamy

12 thoughts on “China Miéville, „Miasto i miasto”

  1. O tak, książki korespondują ze sobą, rozmawiają, mają sekretne przejścia z jednej do drugiej i to jest w nich najfajniejsze. (Zresztą czy tego motywu nie było w „Imieniu róży”?) Fajnie, że z całej tej historii wyciągasz właśnie kota Schrodingera. Mnie to zachęciło:)

  2. Tak! Sekretne przejścia – bardzo mi się podoba to sformułowanie. Niestety nie czytałam jeszcze „Imienia róży”, więc nie wiem.
    Zachęciło do książki, kotów czy fizyki? Wiem, wiem, pewnie o książkę idzie :)

  3. Interesujące. Książka mnie zaintrygowała… czy raczej sposób, w jaki o niej piszesz, sprawił, że zachciałam się jej bliżej przyjrzeć.

    Imię róży – jak dla mnie – nie jest zbyt dobrym przykładem. Bo to nazbyt świadomy zabieg ;) Lubię te przypadkowo-wypadkowe „sekretne przejścia” (tak, świetne sformułowanie!).

  4. Bardzo ciekawa recenzja. Podobnie uważam, że książki prowadzą do innych książek, wszystko gdzieś łączy się ze sobą. Miasto&miasto bardzo lubię, w ogóle Mievilla. Chcę tylko dodać, że Twoje spostrzeżenia dotyczace Schulza są trafione w dziesiątkę, ponieważ Mieville czytał jego teksty i wymienia go jako jedno ze źródeł inspiracji.

  5. Luizo, cieszę się. Chociaż we mnie pozostał jakiś niedosyt. Myślę, że taaaki pomysł mógł być wzniesiony na jeszcze wyższe wyżyny artystyczne.
    Hmm, świadomy zabieg? Tak jakby autor zastawiał na czytelnika pułapki, które udają sekretne przejścia?
    Ja też je lubię.

    Skojarzył mi się też tu pewien fragment, który znalazłam na stronie poświęconej Parnickiemu. Dotyczy on metod dowiadywania się o ciekawych książkach. Cytuję za stroną (https://sites.google.com/site/parnickiwsieci/).

    „Metoda na atraktor – wymaga minimum gustu. Czytamy, co popadnie. Przy pierwszej ciekawej książce sprawdzamy, jakich autorów lubił lub cytował autor przeczytanej książki, sprawdzamy, jakich autorów cytują cytowani autorzy itd. (można powtarzać ten proces kilka razy, im dłużej, tym lepiej). [Następnie należy] sporządzić listę otrzymanych autorów (lub dzieł). W otrzymanej liście obliczyć częstość występowania poszczególnych autorów (lub dzieł). Rozpocząć lektury od najczęściej cytowanych”.

  6. Zbyszekspirze, dziękuję :) Ciekawe są takie punkty przecięcia, połączenia. Tak, tak, na początku Miéville wymienia źródła inspiracji, czyli Schulza, Chandlera, Kafkę. Zdaję się, że jeszcze paru innych autorów, ale już tego nie sprawdzę, bo oddałam dzisiaj książkę do biblioteki.

  7. Rozumiem. Zauważam, że im lepszy pomysł, tym bardziej boli, jeśli jego potencjał nie został wykorzystany.
    I pułapki, i świadomość intertekstualności. Znaczenie bardziej lubię, gdy dzieła sztuki korespondują ze sobą na wyższym, mniej uchwytnym poziomie (mniej uchwytnym, tzn. mniej oczywistym, mniej rzucającym się w oczy itd.)

    Hehe, ciekawa metoda.

  8. Aha. Chyba nawet pod moją recenzją „Kobiety z wydm” też wysunęłaś podobną refleksję.
    Na historii literatury usłyszałam kiedyś, że nadmiar samoświadomości szkodzi. Że profesorzy polonistyki raczej nie piszą dobrych książek (dobrych, czyli olśniewających w jakiś sposób, wyjątkowych). Na końcu zaś padło stwierdzenie, że jest jeden wyjątek – Umberto Eco właśnie. Tak sobie teraz myślę o tym i o twoich uwagach – coś w tych dwóch sprawach jest zbieżnego…
    Hmm, może potrzebna jest jakaś czystość spojrzenia? Co innego samemu dochodzić do jakichś rozwiązań literackich, a co innego opanować, dajmy na to, narzędzia teorii literatury i potem tę wiedzę rzemieślniczo pożytkować na gruncie własnej twórczości? Nie wiem.

  9. Odniosłem podobne wrażenie, że Mieville mógł lepiej wykorzystać ten pomysł. Może jeszcze spróbuje napisać coś dziejacego się w tamtym świecie, on albo ktoś inny. Możliwości rozwinięcia są według mnie bardzo duże.

  10. Byłoby ciekawie. Same miasta są już właściwie znakomicie obmyślone – to, jak współistnieją, jakie sankcje wiążą się z naruszeniem porządku. W tej przestrzeni mogłoby coś jeszcze powstać. Mam wrażenie, że intryga kryminalna była zaledwie pretekstem do nakreślenia obrazu miast.

  11. Ciekawa recenzja, samą książkę czytałam już jakiś czas temu, Schulza poznałam natomiast dopiero niedawno i nie pamiętałam, że ma on z nią jakiś związek – dzięki za przypomnienie – teraz chętnie sięgnę po nią jeszcze raz i pogimnastykuję trochę wyobraźnię;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: