Jeff Lemire, „Opowieści z hrabstwa Essex”

„Opowieści z hrabstwa Essex” to trylogia powieści graficznych kanadyjskiego rysownika Jeffa Lemire’a.

„Opowieści z farmy” skupiają się na dość samotnym, osieroconym chłopcu, który mieszka na farmie u wujka. Nosi strój superbohatera (chyba rozumiecie, kosmici mogą zaatakować w każdej chwili), rysuje komiksy, znajduje wspólny język ze sprzedawcą z okolicznego sklepu. Mija rok, a nazwa każdej jego pory została zawieszona nad rysunkiem pola kukurydzy (wiosną widzimy rośliny kiełkujące, latem — coraz wyższe, jesień kryje się w dojrzałych kolbach, a zima unosi nad ośnieżonym polem). Drugą część stanowi „Opowieść o duchach”. Obserwujemy dwóch braci z drużyny hokejowej (motto zwraca uwagę na to, że hokej jest czymś istotnym dla Kanadyjczyków, „uchwyca esencję kanadyjskich doświadczeń w Nowym Świecie”). Poznajemy żonę jednego z hokeistów. Gdzieś między wierszami i obrazami kryją się gorzkie prawdy o człowieczej samotności, o wielkim marzeniu — wyjeździe do miasta, w tym przypadku do Toronto, które obraca się w proch (marzenie, nie miasto), o zaciętości rodzinnej, chorobie i samotności. „Opowieść o miejscowej pielęgniarce” natomiast, jak sam tytuł wskazuje, osnuto wokół pewnej kobiety pomagającej chorym. Jest jedną z nitek spajających trylogię, bo odwiedza hokeistę z części drugiej, rozmawia też z chłopcem z części pierwszej (już nie nosi maski i peleryny superbohatera). Relacje i związki pokrewieństwa bohaterów są zagadkowe, stopniowo wszystko się zazębia. Zdumiewa.

miasto

W opowieściach przeskakujemy między różnymi planami czasowymi. To kondensuje historię. Wplecione wspomnienia ukazują szarą przeszłość (nie tylko metaforycznie, także kolorystycznie). Często wspomnienia stanowią klucz do teraźniejszości. Jest tak, bo kiedyś podjęliśmy określoną decyzję, zrobiliśmy coś lub nie. I utknęliśmy na lata w konsekwencjach. Oszczędnie to przedstawiono, takie „gdyby…”, ale zawieszone, wchłonięte w rytm dnia, obowiązków, pracy. Zresztą to nie tylko sprawa decyzji, ale i tragedii losowych. „Opowieści z hrabstwa Essex” są także o tym, że niektórzy dostają drugą szansę. I o tym, że inni nie dostają jej nigdy.

pamięć

Lubicie chwyty szkatułkowe? Powieści w powieściach, sztuki w sztukach, filmy w filmach? Ja bardzo. Tutaj mamy komiks w komiksie, komiks rysowany kreską dziecięcą, ujmująco nieporadną. Włączony (wrysowany?) jest też zeszyt z wklejonymi wycinkami gazet, listami i zdjęciami (czy ktokolwiek prowadzi dzisiaj takie zeszyty?). Autor wpuszcza nas za kurtynę tworzenia, na końcu zbioru prezentuje jeszcze minikomiksy, wczesne projekty postaci, promocyjną pocztówkę czy figurkę przedstawiającą Lestera (z farmy), którą zrobiła dla niego żona („to jeden z moich najcenniejszych przedmiotów”). W minikomiksie „Smutne i samotne życie Eddiego Słoniouchego” nakreślono obraz chłopca, który po dziesięciu latach budzi się ze śpiączki i ma tylko cztery wspomnienia. A w „Klubie Bokserskim Hrabstwa Essex” widzimy kadr, który nawiązuje do znanego i parodiowanego obrazu Granta Wooda „American Gothic”.

komiksgothic

W trzech głównych opowieściach pojawia się wspólne ogniwo — ptak. Irytuje bądź raduje, ale jest. Kim? Opiekunem? Łącznikiem? Symbolem?
Człowiek coś robi i nagle przylatują wspomnienia. Znikąd. Jak ptaki.

ptak

Jeff Lemire, Opowieści z hrabstwa Essex, przeł. B. Sztybor, Warszawa 2009.
Reklamy

6 thoughts on “Jeff Lemire, „Opowieści z hrabstwa Essex”

  1. Zajmująco piszesz.
    Moja znajomość komiksów jest bardzo wybiórcza i bardzo popkulturowa, zatem z przyjemnością podpatruję (m.in. u Ciebie) interesujące realizacje „wizualnych” opowieści.

  2. Dziękuję :) Moja znajomość też jest wybiórcza, w dzieciństwie może tylko czytałam „Kaczora Donalda” (z zapartym tchem, rzecz jasna). Ale coraz bardziej zaczynają mnie komiksy interesować ;)
    Jeszcze co do nazewnictwa – czytałam jakiś czas temu tekst o różnicach między komiksem a powieścią graficzną. Nie mogę go teraz znaleźć. Sens był taki (chyba, nigdy nie wiadomo, na ile można wierzyć pamięci), że komiks jest kategorią nadrzędną, a powieść graficzna jedną z jej podkategorii. Konkluzja wykrystalizowała się taka: każda powieść graficzna jest komiksem, nie każdy komiks jest powieścią graficzną.
    Bo, według Wikipedii, termin powieść graficzna ukuto, by odróżnić bardziej poważne i ambitne dzieła od komiksów kojarzonych głównie z superbohaterami. Od dzieł – generalizując – niższych lotów. Tamże, czyli w naszej encyklopedii internetowej, uznano też powieść graficzną za odrębny gatunek.
    Wiem, że różne rozważania teoretyczne nie są Ci obce, dlatego chciałabym zapytać: co o tym myślisz? Słowem – który model uznałabyś za bardziej sensowny? Powieść graficzna jako odrębny literacki „byt” czy jako odnoga komiksu? Ot, zadanie Ci zgotowałam ;)

  3. Bo komiksy są sztuką. Jakkolwiek nie każdy chce to przyznać ; ) Ale mogą być interesujące, fascynujące na swój sposób.
    A to ciekawe rozróżnienie. Szczerze mówiąc, nie spotkałam się z nim.
    Hehe, zadanie świetne mi przygotowałaś xD Ja bym może wydzieliła w ogóle „powieść graficzną” i nieco rozszerzyła jej definicję, nie tylko o komiksy, ale i o niby-literackie twory; gdzieś na pograniczu „literatury” i komiksu. I tu „graficzność” można rozumieć różnorodnie.
    Interesująca kategoria, swoją drogą.
    A Ty jak się zapatrujesz na ten podział?

  4. Właśnie nie wiem, co tu myśleć. Dlatego zapytałam. Byłam ciekawa, co odpowiesz. Dla mnie hasło komiks nie brzmi pejoratywnie, dlatego nie odczuwam takiej kategorii nadrzędnej jako czegoś ujmującego dla powieści graficznej. Z drugiej jednak strony wydaje mi się, że powieść graficzna mocno wyewoluowała i dorównuje niektórym „pełnoprawnym” powieściom. Ale znowu – środki są inne, efekt artystyczny osiągany jest nie tylko słowami, ale ich współgraniem z obrazami. W sumie – dalej nie wiem ;) Taki jeden mówił (dawno temu): „panta rhei”. Coraz częściej wydaje mi się, że w życiu jest wiele spraw płynnych, migotliwych (tak sobie uogólniłam refleksje).

  5. To kusząca wizja – migotliwość. Ale to – z drugiej strony – bardzo niebezpieczna. Nieostre granice w sztuce już przynoszą wątpliwe „owoce” – relatywizację wszystkiego i wszystkich.

    Hehe, nie sądzę, żeby ktokolwiek wiedział. Chociaż to kuszący temat do przemyśleń (dziękuję za niego!).
    Pewnie jest tak, że część „specjalistów” komiks uznaje za kategorię nadrzędną, a część odłącza komiks od powieści graficznej. I od siły argumentów (przykładów realizacji) i zręcznej żonglerki terminami będzie zależało, komu odbiorcy przyznają rację ; ) Tak sądzę.

  6. Tak, niebezpieczeństwa są. Nie tylko w sztuce, w samym życiu także.

    Bardzo proszę i dziękuję za wykonanie zadania :) Hmm, może tak być. Ważne, by żonglerka terminami nie przysłoniła samego obiektu zainteresowania.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: