Gość w dom

Po raz pierwszy natknęłam się na „Osobliwego gościa” w „Tygodniku Powszechnym”. Zamieszczono tam obszerny artykuł o jego twórcy, Edwardzie Goreyu. I o książce z wybranymi utworami, która ukazała się w Polsce.

Kiedy ostatnio byłam w bibliotece i czekałam na zamówione książki, podeszłam do podręcznego regału, by sobie popatrzyć na tytuły. Patrzyłam, patrzyłam i nagle łypnął na mnie „Osobliwy gość”. Zabrałam go do domu.

Wizyta dość… osobliwa. Ale oddaję głos samemu panu Goreyowi (w motcie zbiorku): „Życie jest zarazem niebezpieczne i nudne. W każdej chwili może się pod nami załamać podłoga. Rzecz jasna, prawie nigdy się tak nie dzieje — i przez to życie jest takie nudne”. Za to sztuka — nie powinna być nudna. W świecie (sztuki) Goreya załamanie podłogi można potraktować jako bardzo łagodne urozmaicenie. Wiele gorszych rzeczy się dzieje!

Oddam też głos panu Michałowi Rusinkowi, który we wstępie kreśli sylwetkę Edwarda Goreya. „Edward Gorey musi być zmorą księgarzy, bibliotekarzy i czytelników mających potrzebę utrzymywania porządku we własnych księgozbiorach. Jak zaklasyfikować tego artystę i jego dzieło? Zwykło się go traktować przede wszystkim jako znakomitego ilustratora, ale był przecież także świetnym pisarzem i twórcą miniksiążek (często eksperymentalnych: książek podłużnych, książek-teatrzyków, książek bez słów, książek wielkości pudełka od zapałek, książek zrobionych z osobnych kart, książek zawierających wyłącznie przedmioty nieożywione itp.) oscylujących między surrealizmem, purnonsensem i makabrą. Porównuje się go czasem z Lewisem Carrollem, Edwardem Learem czy Rolandem Toporem. Pokrewieństwo z Learem może być jednak mylące. Książki Goreya tylko na pozór są atrakcyjne dla dzieci: złudnie przypominają niewinne historyjki obrazkowe. Młodzi ludzie nieszczególnie go wszak interesowali, a w jego książkach są głównie ofiarami wyrafinowanych morderstw (zob. Cmentarzyk). Kiedy dziennikarze pytali go, czemu nie lubi dzieci, zwykł odpowiadać, że po prostu żadnych nie zna… Nie przepadał, gdy w stosunku do jego twórczości posługiwano się pojęciem makabry czy gotycyzmu. Uważał, że makabryczność z natury jest wpisana w purnonsens. Twierdził, że lekki, śmieszny nonsens nie istnieje lub jest obrzydliwie nudny: «Schubert mawiał, że nie ma wesołej muzyki. To prawda. Nie ma też, jak sądzę, wesołego nonsensu».

W zaklasyfikowaniu Goreya nie pomoże też narodowość czy geografia: jego styl — zarówno literacki, jak i graficzny — jest zupełnie nieamerykański. Gorey, owszem, urodził się w Chicago w 1925 roku i przez całe życie mieszkał w USA. Studiował romanistykę na Harvardzie, a przedtem — przez jeden semestr — rysunek w School of the Art Institute w Chicago. Zdolności, jak twierdził, odziedziczył po prababce, Helen St. John Garvey, popularnej w XIX wieku ilustratorce kartek z życzeniami. Grafiki Goreya utrzymane są właśnie w XIX-wiecznym, wikotriańskim stylu i wiele osób, które po raz pierwszy stykają się z jego twórczością, sądzi, że był on angielskim artystą z końca XIX wieku”.

Posłuchajcie, jaki z tego twórcy osobliwy gość. „No cóż, księgarzom, bibliotekarzom i bibliofilom pozostaje więc chyba tylko umieścić Goreya w porządku alfabetycznym. Wyląduje wówczas, dajmy na to, między Gombrowiczem a Gorkim. Porządek alfabetyczny jest porządkiem maksymalnie arbitralnym, a przez to absurdalnym, i właśnie Gorey, obsesyjny kolekcjoner, powinien być z tego zadowolony. Kolekcjonował niemal wszystko: żelazka z duszą, znaki drogowe, lalki, maski, figurki słoni, muszle, świece, płyty (Mozarta, Schuberta, Bacha), dziwaczne popielniczki, kwiatony, klamki, czaszki (w tym jedną prawdziwą), słoiczki, wszelkie możliwe przedmioty z niebieskiego szkła, japońskie miniatury, sztukę afrykańską, fragmenty prawdziwych mumii, próbki materiałów, wiktoriańskie cegły i dachówki, kamienie przypominające ropuchy, pluszowe misie, miski i wiele innych rzezcy, którym jego biograf, Alexander Theroux, poświęcił wiele stron w swojej biografii (The Strange Case of Edward Gorey). Gorey układał je wszystkie — no cóż, horror vacui — w swym wielkim domu, zwanym Elephant House, w którym teraz znajduje się jego muzeum i który musiał przypominać muzeum jeszcze za życia artysty. Gorey był samotnikiem. Mieszkał wyłącznie w towarzystwie kotów o dziwacznych imionach. Jeden z nich, biały tłuścioch imieniem Ombel, pozostał w tym domu i jeszcze do niedawna lustrował turystów tłumnie odwiedzających muzeum («Ombel — stwór duży, biały z wierzchu,/ więc dobrze widać go po zmierzchu»)”.

Powyższa ilustracja pochodzi z utworu „Ptaszysko” (o przyjaźni człowieka i ptaka). Poniższa — z tajemniczego „Osobliwego gościa”, który się zjawia pewnego zimowego wieczoru i zostaje. I broi. Ale kim (czym?) właściwie jest to coś, co „Wydzierało czasami z książek całe rozdziały,/przewieszało obrazy, żeby krzywo wisiały”?

I śmieszno, i straszno. Tylko czasem się człowiek wzdryga.

Zaraz włożę książkowego gościa do plecaka i odwiozę do domu, czyli do biblioteki. Mam nadzieję, że nie zawali się pode mną podłoga.

Złowieszczo…

Reklamy

5 thoughts on “Gość w dom

  1. Jim – this is awesome stuff. I love how you put the costs out there in black and wha.Wtehit would be awesome is if you had a developer put together a form where you enter a given MER and it spits back the splits of what you keep versus the fund company. That would be a very useful tool!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: