Georges Perec, „Człowiek, który śpi”

PerecW takim samym dniu jak tamten, może trochę wcześniej czy trochę później, odkrywasz bez zdziwienia, że coś jest nie w porządku, że, mówiąc wprost, nie umiesz żyć, że nigdy się nie nauczysz. Coś pękało, coś pękło. Tym, co cię dreczy, co cię niepokoi, co cię przeraża, ale czasami wprawia także w podniecenie, nie jest nagłość twojej przemiany, lecz przeciwnie, uczucie niejasne i męczące, że do niczego nie doszło, że nic się nie zmieniło, że ty zawsze byłeś taki, chociaż dowiadujesz się o tym dopiero teraz. Teraz siedzisz i chcesz tylko czekać, czekać, aż nie będzie już na co czekać: zegar niech dzwoni, noc niech nastaje, dni niech ulecą, wspomnienia przepadną. Nic jeszcze nie przeżyłeś, a wszystko zostało już powiedziane, zakończone. Masz dopiero dwadzieścia pięć lat, lecz twoja droga jest już wytyczona. Nie będziesz już słuchał dobrych rad. Nie będziesz prosił o pomoc. Pójdziesz własną drogą, patrząc na drzewa, na wodę, na kamienie, na niebo, na swoją twarz, na chmury, na sufity, na pustkę. Uczysz się patrzeć na obrazy wystawione w galeriach malarstwa, jak patrzyłbyś na fragmenty ścian i sufitów, ściany zaś i sufity oglądasz niczym płótna, na których bez trudu rozpoznajesz dziesiątki, tysiące dróg przemierzanych wciąż od nowa, nieubłagane labirynty, teksty, których nikt nie zdoła odszyfrować, twarze w rozkładzie. Może jeszcze dziwi cię to, że kombinacja trzydziestu znaków typograficznych, poddana w końcu bardzo prostym zasadom, jest zdolna tworzyć codziennie tysiące wiadomości? Ale dlaczego miałyby one stanowić twoją strawę, dlaczego miałbyś je odcyfrowywać? Zależy ci tylko na tym, aby czas płynął. Jesteś sam i właśnie dlatego, że jesteś sam, nie wolno ci nigdy sprawdzać godziny, nie wolno ci liczyć minut. Wędrujesz jak człowiek, który niósłby niewidzialne walizki, wędrujesz jak człowiek, który podążałby za własnym cieniem. Nieszczęście na ciebie nie spadło, nieszczęście na ciebie nie runęło; wsączało się pomału, wślizgiwało niemal ze słodyczą. Regulujesz sobie życie jak zegarek, zupełnie jakby najlepszym sposobem na to, aby nie zginąć, aby do reszty się nie pogrążyć, było wypełnianie śmiechu wartych zajęć, decydowanie o wszystkim z góry, niezdawanie się na przypadek. Sięgnąć dna nic nie znaczy. Nie umarłeś ani nie jesteś mądrzejszy. Niczego się nie nauczyłeś z wyjątkiem może tej prawdy, że samotność niczego nie uczy, że obojętność niczego nie uczy: to była oszukańcza przynęta, fascynująca i podstępna ułuda.

Pozwoliłam sobie podążyć drogą, którą wytycza książka.

Bowiem w „Człowieku, który śpi” — głosi legenda — nie ma ani jednego zdania napisanego samodzielnie przez Pereca, wszystko stanowią cytaty z literatury światowej. Wydobyte zdania, ułożone w nowym porządku, oszlifowane myślą i odczuciem… stanowią… całość. Czyta się płynnie, nie widać szwów, choć przecież nie ma linearności, jest raczej pewna kolistość, zapętlanie się smutku.

„Człowiek, który śpi” postanowił zrezygnować z życia, żyć jak najoszczędniej, żyć-nie żyjąc. Na gładkiej białej okładce czytam o tym, że powieść wyrasta z autobiograficznego epizodu: blisko rocznej depresji człowieka, który usuwa się na margines, zajmuje pozycję outsidera.

Życie odwołano. Miasto staje się labiryntem, w którym krąży doręczyciel listu bez adresu. Nawet bunt jest w pewnym sensie skazany na niemożność, bo żeby się buntować, trzeba znaleźć obiekt buntu i siłę do buntowania, a tu wszystko się rozmywa, zapada w człowieka. Który śpi. Który nie może spać.

Ciekawa jestem, czy ktoś wytropił wszystkie literackie ślady. Tytuł ma pochodzić z początkowych akapitów „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta. Później wyczuwa się klimat Kafki. I wiele innych klimatów, których nie potrafię zidentyfikować. A na przykład fraza: „zegar niech dzwoni, noc niech nastaje, dni niech ulecą, wspomnienia przepadną” — podpowiada tłumaczka — uprowadzona została Apollinaire’owi. Akurat mam w domu tom jego poezji, szukam wiersza „Most Mirabeau” (przekład Ważyka), patrzę.

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję

Słowa wiersza wpleciono w zdanie, wstawiono przecinki (we francuskim jeszcze dodano „que”, tłumaczka pisze, że Perec nawet francuskich pisarzy przepisuje po swojemu, sprzeniewierzając się oryginałom [?]). Jakie pragnienie leży u źródeł?

Rzecz jasna, nie mam zamiaru przepisywać „Don Kichota” jak Borgesowski Pierre Menard, ale mam zamiar, na przykład, przerobić moje ulubione opowiadanie – „Bartleby” Melville’a. To tekst, który chciałbym sam napisać, ale skoro nie można napisać opowiadania, które już istnieje, a nie chciałem, żeby to był pastisz, postanowiłem napisać je jeszcze raz, by wyszedł inny „Bartleby”… a właściwie ten sam, tyle że bardziej… jakbym ja go wymyślił*.

Moc literatury — odnajdywać w niej (coś dla) siebie. I jeszcze tajemna zazdrość: „że też mnie nigdy nie przyszło do głowy, by coś takiego napisać”. I — jak to jest, że w słowach innych odnajdujemy siebie, że moglibyśmy powiedzieć to samo, napisać tak samo? Może repertuar ludzkich odczuć i myśli jest zbiorem skończonym? Może wszystko już było, więc teraz zostało nam tylko przekładanie klocków, ustawianie zdań w nowej kolejności, rozypywanie puzzli?

Pobawiłam się tak w tekście powyższym (przy okładce). Wyjęłam cząsteczki znaczeń z powieści Pereca, przepisałam je po swojemu, dwa razy ucięłam zdanie w środku, raz wstawiłam znak zapytania tam, gdzie go nie było, nieco zmieniłam kolejność. Ciekawe doświadczenie.

Perec należał do eksperymentalnej grupy literackiej OuLiPo** (Warsztat Literatury Potencjalnej). Członkowie zajmowali się zagadnieniami logiczno-matematycznymi i zastanawiali się, jak swe rozważania odwzorować w literaturze. Raymond Queneau na przykład utworzył „Sto tysięcy miliardów wierszy”. Tom składa się z 10 czternastowersowych sonetów. Wers = zdanie. Wersy są umieszczone na poobcinanych cieniutkich paseczkach tak, by czytelnik mógł je zestawiać według uznania (pierwszy wers pierwszego sonetu, powiedzmy, z drugim wersem drugiego). 10 do potęgi czternastej = sto tysięcy milardów = tytuł utworu (nie żebym liczyła, uwierzyłam na słowo, czy raczej na liczbę).

Rzecz w tym, by zastosować pewne formalne przymusy, niewykrywalne, jeśli się o nich nie wie, ale stanowiące ukrytą konstrukcję utworu. I tak na przykład Perec w „La Disparition” („Zniknięciu”) ani razu nie użył samogłoski „e”. We francuskim literę tę wymawia się podobnie do zaimka „eux”, czyli „oni”. Pisarz stracił rodziców, kiedy był dzieckiem; w powieści „odbija się” brak…

Przymus spełniać miał dwie funkcje: był obroną przed przypadkiem wpisanym w natchnienie i lekarstwem na pustkę w głowie. Tak też traktował go Perec: „Trudności i cierpliwość, jakiej wymaga ułożenie, na przykład, jedenastu wierszy składających się z jedenastu liter każdy, w niczym nie przypomina lęku, jakim byłoby dla mnie pisanie »poezji w natchnieniu«”***.

Zaś w powieści „Życie instrukcja obsługi” pojawia się postać malarza, który chciałby namalować obraz, przedstawiający wszystkich mieszkańców kamienicy. Malarz chciałby utrwalić najdrobniejszy ślad zapisany w pamięci. Obraz planował tak: sam miałby stać na obrazie gdzieś z boku, ustawiony przed malowanym przez siebie obrazem, na którym byłby on sam przed malowanym przez siebie obrazem, na którym… Czy da się tak ocalić rzeczywistość? Zwielokrotnieniami, ułudami? Dobrze obrazuje to też scena z filmu utworzonego na podstawie powieści „Człowiek, który śpi”.

un homme qui dort

U Pereca dużo pustki.

Ale zapis pustki to już COŚ.

* David Bellos, George Perec A Life in Words, Boston 1993, cyt. za: Georges Perec, Człowiek, który śpi, przeł. A. Wasilewska, Warszawa 2003, s. 114-115.
** A na wordpressie jest szablon, który nosi nazwę „Oulipo”.
*** Michał Paweł Markowski, Georges Perec: zapisywanie pustki, “Tygodnik Powszechny”, nr 28 (2766), 14 lipca 2002.
Reklamy

4 thoughts on “Georges Perec, „Człowiek, który śpi”

  1. Jest wielce prawdopodobne, że na „Człowieka, który śpi” składają się również fragmenty opowiadania „Białe noce” Dostojewskiego. Zapamiętałam takie wrażenie, ale nigdy nie rozpoczęłam dochodzenia.
    Czy znane jest Pani pojęcie „liberatura”? („Życie. Instrukcja obsługi”)?

    • Dziękuję za wskazówkę. Nie wiedziałam, że Dostojewski z „Białych nocy”. Mnie też czasami coś się kołatało, ale nie podążałam za impulsami. Swoją drogą – jak to sprawdzić, jak dojść do źródeł (pomijając autorów, o których pisze tłumaczka w posłowiu)? To bardzo trudne.

      Tak, znam liberaturę. Czytałam trochę o niej, urzeczona konceptem książki, której forma jest w jakiś sposób podniesiona do rangi równej randze treści; książki-dzieła sztuki, książki zagadki.
      Bardzo lubię takie błyskotki, niezwykłości. „Życie…” miałam przez chwilę w ręku w bibliotece, ale w końcu nie wypożyczyłam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: