Kochać noc

„Gwiazdy, księżyc, światło w tobie zawdzięczają jasność i blask nocy – ciemności. Zaczynasz kochać noc, dane ci jest doświadczyć płynącego z niej poczucia bezpieczeństwa i ciepła, jej tajemniczości i nadprzyrodzoności, jej świętości i uzdrowicielskiej mocy”.

Wunibald Müller, Czy słyszysz śmiech motyli?, Kraków 2005, s. 179.
Reklamy

„Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę”

„Jakiś czas temu spotkałem pewnego człowieka, który mógł się poszczycić zdobyciem kilku stopni naukowych. Fascynujący człowiek, który zajmował się między innymi filozofią Nietzschego i Heraklita. Prawie cały czas tylko go słuchałem. Czułem, że nie dorastam do niego pod względem naukowym. Powiedziałem mu – w jednej z niewielu chwil, w których ja coś mówiłem – że dla mnie ważne i decydujące jest doświadczenie. Na to on odparł, że również własne doświadczenie trzeba krytycznie przeanalizować, z czym się zgodziłem. Teologom zarzucił, że ostatecznie nie dopuszczają oni wątpliwości co do istoty Boga, jakie odczuwał na przykład Nietzsche, i że nie podejmują oni konfrontacji z nimi i nie są w stanie jej przetrwać. Miałem ochotę zapytać go, czy on to uczynił. Wspomnienie w naszej rozmowie o fundamencie bytu, o głębi duszy, o szukaniu własnego fundamentu wydało mi się bezsensowne. Coraz bardziej bowiem byłem przekonany,  że tego typu wyobrażenia nie znajdą u niego oddźwięku.

Ważną rzeczą jest dla mnie zaakceptowanie osoby, z którą rozmawiam, taką, jaka jest. Odczuwam wobec niej ogromny respekt. Równocześnie jednak ważne jest dla mnie niewyrzekanie się swojego doświadczenia. Ze słowami fundament bytugłębia duszy, szukanie fundamentu wiążą się dla mnie głębokie doświadczenia. Nie jestem dzięki temu lepszy od swego rozmówcy, ale też nie jestem gorszy. Wiem i doświadczyłem tego, co znaczy przetrwać ciemną noc, wytrzymać uczucie opuszczenia przez Boga. Nie mogę tak po prostu przekreślić tego doświadczenia. Dla mnie stanowi ono prawdę”.

Wunibald Müller, Czy słyszysz śmiech motyli?, Kraków 2005, s. 183-185.

Pierwszy dzień jesienny

listek

A więc przyszła dziś jesień… W powietrzu rozrósł się chłód, przebijany promieniami słońca. Poszłam spacer do lasu.

grzyb

(A ten co? Trujący?)

 

Fotografowałam niebo (telefonem) i wpadłam na pomysł, by utworzyć nowy cykl zawierający zdjęcia nieba – tak przecież różnego, zmiennego (jak Proteusz), chmurzastego i pięknego. Obmyśliłam tytuł cyklu – Wielkie nieba!

muszelka

Zauważyłam na drodze muszelkę.
Spadła mi jedyna chusteczka, więc ją podniosłam i miałam chusteczkę pachnącą sosnowym igliwiem zmieszanym z ziemią. Zapach nie do powtórzenia syntetycznie.
Jadłam jeżyny w jeżynowym chruśniaku. Jeśli to były jeżyny (nie mogłam się nadziwić, że są jeszcze jeżyny, przyjaciółki malin, a maliny to jedne z moich najulubieńszych owoców). Jeśli to nie były jeżyny, tylko jakieś trucicielki, możliwe, że niebawem zejdę z tego łez padołu.

zachód

W sklepie pani składała zamówienie. Zamówiła między innymi… jagodowy deszcz. Taką herbatę. Chyba.
A ja zrobiłam sobie jesienny bukiet.

bukiet jesienny4

Życzyłabym sobie jesieni ciepłej, kolorowej i spokojnej.

Rozkazywała morzu

„Mimo że wczoraj było chłodno i mgliście, razem z Remy i Kit wybrałyśmy się na ulubioną plażę Elizabeth budować zamek z piasku. Zajęło nam to trochę czasu, ale rezultat był imponujący: powstało wspaniałe zamczysko, i to z wieżami. Przyniosłam w termosie kakao i popijałyśmy je, czekając, aż fala zmyje zamek. Kit biegała po brzegu i wołała na fale, żeby szybciej przypływały. Remy dotknęła mojej ręki i uśmiechnęła.
– Elizabeth też pewnie kiedyś taka była – powiedziała. – Rozkazywała morzu.
Odebrałam jej gest jako cenny dar – dotknięcie oznacza zaufanie.
[…] Kit goniła fale, a Remy opowiadała o Elizabeth. O tym, jak bardzo chciała przeżyć i starała się oszczędzać siły, by po wojnie jak najszybciej wrócić do domu.
[…] Remy patrzyła na falujące morze. W pewnej chwili powiedziała:
– Byłoby dla niej lepiej, gdyby nie miała tak wielkiego serca”.

Mary Ann Shaffer i Annie Barrows, Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, Warszawa 2010, s. 203-204.

Martwa panna młoda

„W czasie dużej mgły bawimy się w dom albo w salon piękności – do upojenia czesząc sobie nawzajem włosy – albo w martwą pannę młodą.
Martwa panna młoda jest znacznie mniej skomplikowana niż węże i drabiny. Zasady są bardzo proste. Panna młoda owija się w koronkową firankę i włazi do kosza na pranie, tam leży bez ruchu, a rozpaczający pan młody jej szuka. Wreszcie znajduje ją skuloną w koszu i zaczyna głośno szlochać. Dopiero wtedy pannie młodej wolno wyskoczyć i wrzasnąć: A kuku! i rzucić się panu młodemu w ramiona. Potem to już sama radość, piski, uśmiechy i całusy. Między nami mówiąc, nie daję temu małżeństwu większych szans.
Słyszałam, że dzieci lubią okropieństwa, ale nie wiem, czy dobrze robię, pozwalając na takie zabawy. Boję się jednak spytać Sophie, czy martwa panna młoda nie jest dla czterolatki zbyt drastyczna, bo jeśli orzeknie, że tak, będziemy musiały z niej zrezygnować, a ja wcale nie chcę. Uwielbiam martwą pannę młodą„.

 Mary Ann Shaffer i Annie Barrows, Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, Warszawa 2010, s. 162.

Zajączek z serwetki

„Siedząca przy mnie Kit przyglądała mi się badawczo. Nie byłam taka głupia, żeby ją zagadywać, tylko zrobiłam sztuczkę z kciukiem – wiesz, tę, co to się wydaje, że kciuk odpadł.
Powtórzyłam ją, potem jeszcze raz, pozornie niedbale, w ogóle nie patrząc na małą; ona obserwowała mnie czujnie jak pisklę jastrzębia, skupiona i zafascynowana. W końcu nie wytrzymała i zaczęła się uśmiechać.
– Pokaż, jak to robisz! – zażądała.
Podczas kolacji siedziała naprzeciwko mnie. Zdecydowanie odmówiła jedzenia szpinaku, wyciągnąwszy rączkę władczo, z uniesioną pionową dłonią, jakby była policjantem regulującym ruch.
– Ja dziękuję – oznajmiła takim tonem, że nie ośmieliłabym się jej sprzeciwić. Przysunęła się z krzesłem blisko Dawseya i cały czas wbijała mu łokieć w ramię, przygważdżając go do miejsca. Nie protestował, choć zapewne raczej trudno mu było jeść kurczaka. Po kolacji natychmiast wlazła mu na kolana, traktując je jak swój prawowity tron. Dawsey niby brał udział w ogólnej rozmowie, ale zauważyłam, że robi zajączka z serwetki akurat wtedy, gdy była mowa o głodzie podczas okupacji. Czy wiesz, że mieszkańcy mełli siemię lniane na mąkę, dopóki jeszcze było?
Musiałam pomyślnie zdać egzamin, z którego nawet nie zdawałam sobie sprawy, bo Kit poprosiła, żebym to ja położyła ją do łóżka. Chciała, żeby jej opowiedzieć bajkę o fretce. Ona lubi robaki, a ja? Czy pocałowałabym szczura w pyszczek? Nigdy – odparłam i tym zaskarbiłam sobie jej łaski, bo wprawdzie wyszłam na tchórza, ale nie byłam hipokrytką. Opowiedziałam bajkę, a ona łaskawie nadstawiła mi skrawek policzka do pocałowania”.

 Mary Ann Shaffer i Annie Barrows, Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, Warszawa 2010, s. 152-153.

On nie gryzie

Słońce świeci przejrzyście. Idę do sklepu. Spotykam babcię z dwiema wnuczkami i jakimś trzecim nieznanym dzieckiem w wózku. Mała M. dzielnie pcha wózek, starsza siostra idzie obok. Witam się z dwiema dziewczynkami. Nagle mała M. mówi do mnie, wskazując na chłopca w wózku:
— Patrykowi też możesz dać „cześć”.
A potem dodaje konspiracyjnie i zachęcająco:
– On nie gryzie!
Śmieję się w głos.
– Najważniejsze, że nie gryzie. W takim razie mogę się przywitać.
Chłopczyk jednak się zląkł, więc tego nie zrobiłam.

Starsza dziewczynka debiutuje na scenie. Szkolnej.
– Jak tam pierwsze dni w szkole? – pytam.
– Dobrze – odpowiada.
– A jak ze wstawaniem?
– Źle.
Kiwam głową ze zrozumieniem.

Kiedyś rozmawiałam z nią o młodszej siostrze.
– A siostra psuje? – chciałam się dowiedzieć.
– Psuje i bije!
– A Ty ją bijesz?
– Nooo…

(Ach, dzieciństwo! Czas wielkich bitew i dotkliwych pogryzień!)

Ciemna strona radości

„Jedno, co przeklinam na tej ziemi, to cierpienie. Cierpienie z bólu i cierpienie z nieładu wewnętrznego. Cierpienie wlokące się za nami aż do końca. Ale cierpią wszyscy. Drzewa, zwierzęta i my. Może cierpienie jest ciemną stroną radości.
Przeczuwam, że to wszystko nade mną też cierpi. Kolosalny paroksyzm cierpienia. Nieskończony rozkurcz bólu. Wielki Wybuch ogólnej tortury.
No więc już czas na ukojenie, na ogromną radość nie wiadomo czego”.

Tadeusz Konwicki, Pamflet na siebie, Warszawa 1995, s. 150.

Bezcenne żelki

Pan kasjer przesuwa nad czytnikiem produkty. Chłopiec cieszy się z trzech małych paczuszek żelków Haribo. Niestety pojawiają się problemy. Brakuje kodu na żelki, nie zna go ani pani kasjerka z sąsiedniego stanowiska, ani pan zawezwany na pomoc.

Pan kasjer rzecze: chyba są bezcenne.
Pani mama wzdycha: tego się nie da kupić. Może je zostawimy?
Chłopiec: robi oczy kota ze „Shreka”.

oczy kota

Już wiadomo, że żelki trzeba kupić. Absolutnie i koniecznie. Bez żelków ani rusz. Albo rusz w płacz.
Akcja została przeprowadzona pomyślnie. Po pewnym czasie.
Puenta pana kasjera: więcej czekania, jak to wszystko warte.

Nie mam żadnej

Podsłuchane:
– A ty masz w ogóle jakąś ewentualną wersję do powiedzenia ludziom? Czy nie masz żadnej?

Zagadka:
co to jest ewentualna wersja do powiedzenia ludziom?

Przeczucie:
osoba po drugiej stronie słuchawki nie miała żadnej wersji. Ewentualnej. Do powiedzenia ludziom. Taka sytuacja.

Mądrości ze „Snów”

„Dorosłość polega między innymi na tym, że nie czuje się potrzeby podkreślania, że jest się dorosłym” [s. 72].

„Każdy od czegoś ucieka. Musi upłynąć wiele czasu, zanim się nauczy, że jedynym sposobem ucieczki jest samodzielność” [s. 172].

„My, pisarze, mamy wprawę w odnajdywaniu ukrytych skarbów” [s. 216].

„Kiedy człowiek w końcu zrozumie, co jest ważne, a co nie, to wie, o co warto zawalczyć. Może się oszczędzać. I walczyć tylko wtedy, kiedy naprawdę musi” [s. 264-265].

Jayne Ann Krentz, Sny, Warszawa 1994.

Samotne gwiazdy

gwiazdy

„Umrzeć… porzucić ciało, jaka to fascynująca myśl. Nie chcę żyć dalej, kiedy w środku jestem martwa, jeżeli muszę nadal trwać na tym świecie, powinnam zaplanować lata, które mam przed sobą. Być może starość jest początkiem czegoś nowego, może pozwoli wrócić do magicznego czasu dzieciństwa, tego czasu poprzedzającego linearne myślenie i przesądy, kiedy wszystko dookoła postrzegałam wyczulonymi do egzaltacji zmysłami, kiedy byłam na tyle wolna, żeby wierzyć w rzeczy niemożliwe i przemierzać światy, które później, gdy weszłam w epokę rozumu, przestały istnieć. Już nie mam wiele do stracenia i nie mam czego bronić, czyżby to była wolność? Przychodzi mi na myśl, że my, kobiety, które zostałyśmy babkami, mamy do spełnienia role opiekuńczych wróżek, musimy czuwać nad młodszymi kobietami, nad dziećmi, nad najbliższą społecznością, a także, dlaczego by nie, nad tą maltretowaną planetą, ofiarą tyle gwałtów. Chciałabym latać na miotle i tańczyć razem z innymi pogańskimi wiedźmami w lesie w świetle księżyca, przyzywać siły ziemi i odstraszać demony, chcę zdobyć na starość mądrość, poznać dawne czary i sekrety znachorów. Chcę niemało. Czarownice, tak jak święci, są samotnymi gwiazdami, które świecą własnym światłem, nie zależą od nikogo i niczego, dlatego pozbawione są strachu i mogą ślepo rzucić się w przepaść, wiedząc z całą pewnością, że się nie roztrzaskają, lecz pofruną. Mogą zmienić się w ptaki, żeby oglądać świat z góry, albo w robaki, żeby go widzieć od środka, mogą zamieszkać w innych wymiarach i podróżować w inne galaktyki, są żeglarzami na nieskończonym oceanie świadomości i wiedzy”.

Isabel Allende, Paula, Warszawa 1998, s.366-367.

 

Malutkie kryształki

„Ta książka uratowała mi życie. Pisanie jest długą introspekcją, jest podróżą do najciemniejszych zakamarków świadomości, jest powolną medytacją. Piszę po omacku, w ciszy, i po drodze odkrywam cząsteczki prawdy, malutkie kryształki, które mieszą się w dłoni i usprawiedliwiają moją obecność na świecie. Drugą powieść też zaczęłam pisać 8 stycznia i później już się nie odważyłam zmienić tej szczęśliwej daty, trochę z przesądu, ale także dla dyscypliny; wszystkie moje książki zaczynałam pisać 8 stycznia”.
[s. 17]

„Radosny proces poczęcia dziecka, cierpliwość, by je donosić, siła, by je wydać na świat, i uczucie ogromnego zdumienia, które ten proces wieńczy, można porównać tylko do tworzenia książki. Dzieci, identycznie jak książki, są podróżą kobiety w głąb siebie, w czasie której jej ciało, umysł i dusza zmieniają orientację ukierunkowując się na samo centrum ludzkiej egzystencji”.
[s. 325]

„Jeśli o czymś piszę, boję się, że się wydarzy, jeśli kogoś kocham nadmiernie, boję się, że go stracę; a jednak nie mogę przestać pisać ani kochać…”
[s. 437]

Isabel Allende, Paula, Warszawa 1998.

Otwarty umysł

„Miała otwarty umysł, ale jej rozwój emocjonalny pozostał na poziomie dziecka; ona, która w samolocie potrafiła nauczyć się na pamięć planu miasta, gdzie nigdy w życiu nie była, wypożyczyć na lotnisku samochód i dojechać bez wahania do hotelu albo w ciągu paru godzin przygotować dla mnie wykład z literatury, żebym mogła nim zabłysnąć na uniwersytecie, mdlała przy zastrzykach i drżała ze strachu oglądając filmy o wampirach. Na mnie i na Nicolasie wypróbowywała swoje testy psychologiczne, które dowiodły, że jej brat reprezentuje poziom inteligencji bliski genialności, natomiast jej matka wykazuje głęboki niedorozwój umysłowy. Poddała mnie tym doświadczeniom kilka razy, zawsze z takim samym rezultatem, współczynnik inteligencji wciąż był fatalny. Dobrze, że przynajmniej nie próbowała testować na nas swoich pomocy szkolnych, których używała na seminarium seksuologicznym”.

Isabel Allende, Paula, Warszawa 1998, s.406-407.