Pod namiotem życia

Namiot jest tymczasowym schronieniem. Rozbijam go wirtualnie nad paroma cytatami, spostrzeżeniami czy fotografiami. Niech nie mokną.

Przepraszam za cytat, czyli humor autotematyczny

— “Napisałeś o tym powieść? Kiedy?
— W ciągu ostatnich dwu tygodni.
— Jak się nazywa?
Cichym ścigałam go lotem… — powiedział Joe i zarumienił się lekko, przewidując następne pytanie.
— Boże… — Karolina westchnęła. — A z czego znowu wzięty jest ten tytuł?
— Z Eumenid.
— Z Ajschylosa! Każdy twój bestseller profanuje w tytule jakąś bliską mi osobę.
— Zapewne… — Joe skromnie pochylił głowę. — Ale sam tłumaczę te fragmenty i kształcę się przy okazji. — Roześmiał się. Poza tym popularyzuję tych staruszków, a to też coś znaczy w czasach, kiedy ogromna większość ludzi myśli, że Ajschylos to imię konia wyścigowego albo nazwa odmiany reumatyzmu. Zresztą to takie ładne tytuły dla książek kryminalnych… Łączę przyjemne z pożytecznym.
— Obawiam się… — szepnęła Karolina — że przyjemność i pożytek zostały w tej sprawie zarezerwowane wyłącznie dla ciebie. Ale nie mówmy już o tym. W domu powieszonego nie należy…
— Mówić o prawdziwej literaturze… — Alex pokiwał głową. — Może kiedyś napiszę książkę? — szepnął podejrzanie rozmarzonym głosem. — Książkę na miarę epoki, wielkie, wspaniałe dzieło, które będę co wieczór wyciągał spod poduszki i odczytywał ze skupieniem, żeby potem z czcią ucałować własną rękę. Obawiam się tylko, że nikt tego nie będzie czytał i wszyscy będą mieli mi za złe, że marnuję czas, zamiast pisać dobre, precyzyjnie zbudowane zagadki dla domorosłych detektywów, jakimi stają się moi czytelnicy po zapłaceniu zdawkowej sumy za egzemplarz któregokolwiek z moich traktacików o zbrodni — roześmiał się.

Łabędzie pióra marzeń!
Może czas wyzwoli
Was, kiedy przyjdzie starość?…

— Przepraszam za jeszcze jeden cytat”.

Joe Alex, Cichym ścigałam go lotem…, Kraków 2001, s.12-13.

Konsekwencja

Od godziny słucham ostatni raz tej samej piosenki. I ostatni. I jeszcze raz ostatni.

Ineksprymable

Szeherezada, córka wezyra

Ilustracja Erika Pape’a do Księgi tysiąca i jednej nocy

“Niedawno w trakcie przeprowadzania badań tyczących Wschodu miałem sposobność zaczerpnąć wiedzy z Powiedznomi jestakczynie, pracy, która (podobnie jak Zohar Simeona Joachidesa) mało komu jest znana, nawet w Europie. Nigdy też, o ile mi wiadomo, nie powołał się na nią żaden Amerykanin — wyjąwszy może tylko autora Ciekawostek literatury amerykańskiej. Trafiła mi się więc, jak już to wspomniałem, sposobność przerzucenia kilku stron cytowanego wybitnego dzieła i niemało byłem zdumiony odkrywszy, że jakimś przedziwnym sposobem świat literacki, przyjmując za prawdziwą tę wersję, którą podają Opowieści z tysiąca i jednej nocy, pozostawał dotychczas w błędzie co do losu córki wezyra — Szeherezady. Tymczasem zakończenie, które tam znajdujemy, jeśli nawet niezupełnie rozmija się z prawdą w tym, co podaje, ma jednak tę wadę, że nie podaje nam nic więcej.

Jeśli wnikliwy czytelnik pragnie uzyskać wyczerpujące informacje co do tej interesującej kwestii, muszę go odesłać do Powiedznomi jestakczynie, lecz tymczasem myślę, że wybaczycie mi, jeśli podam wam w skrócie to, co tam znalazłem.

W potocznie znanej wersji Opowieści — jak pamiętamy — pewien władca, mając poważne podstawy do zazdrości, nie tylko skazuje na śmierć swą królową, lecz ślubuje na Proroka i na swą brodę, iż każdej nocy poślubi najpiękniejszą dziewicę w swym królestwie, a następnego ranka wyda ją w ręce kata.

 Ilustracja Edwarda Juliusa Detmolda do Księgi tysiąca i jednej nocy

Przez wiele lat władca ślubowanie to wypełniał co do joty i jego płynące z motywów religijnych skrupulatność i metodyczność zjednały mu wielkie uznanie, jako człowiekowi nabożnemu i obdarzonemu wielkim rozumem. Pewnego dnia odwiedził monarchę (przeszkadzając mu bez wątpienia w jego modlitwach) wielki wezyr, którego córce, jak się zdaje, przyszła do głowy ciekawa myśl.

Szeherezada — takie było jej imię — ułożyła sobie, że albo wyzwoli kraj od wyludniającego haraczu z pięknych dziewic, albo zginie, usiłując zamiar ten przeprowadzić, tak jak to się dzieje utartym zwyczajem z wszystkimi bohaterkami.

Stosownie do swego planu i mimo że nie był to rok przestępny (co czyni jej ofiarę jeszcze godniejszą uznania), Szeherezada wysłała ojca swego, wielkiego wezyra, aby zaofiarował królowi jej rękę. Rękę tę król przyjął skwapliwie (zamierzał i tak jej zażądać i odkładał tę sprawę z dnia na dzień jedynie ze strachu przed wezyrem), przyjmując ją jednak teraz, bardzo wyraźnie dał do zrozumienia stronie zainteresowanej, że nie ma najmniejszego zamiaru ani na jotę odstąpić od swego ślubowania lub też zrzec się swego przywileju, czy to będzie córka wezyra, czy nie wezyra. Kiedy więc piękna Szeherezada upierała się, że pragnie poślubić króla, i poślubiła go naprawdę mimo doskonałej rady swego ojca, aby nie czyniła nic w tym guście — kiedy, powtarzam, postanowiła go poślubić i uczyniła to, muszę wyznać, chcę czy nie chcę, że pięknymi oczyma widziała tak jasno, na co sie decyduje, jak to tylko było możliwe.

 Ilustracja Artura Szyka do Księgi tysiąca i jednej nocy

Wydaje się jednak, że ta przemyślna panienka (która bez wątpienia studiowała Machiavellego) ułożyła sobie w główce bardzo chytrą małą intrygę. Nie pamiętam już, pod jakim to pozornie istotnym pretekstem zdołała ona przeprowadzić to, że w noc poślubną siostra jej zajęła łóżko stojące blisko łoża pary królewskiej, tak iż Szeherezada mogła swobodnie rozmawiać z nią ze swego posłania. Na krótko przed pianiem kogutów Szeherezada zatroszczyła się, by obudzić dobrego króla — swego męża (który zamierzał wprawdzie skręcić jej kark nadchodzącego ranka, lecz nie okazywał jej niechęci z tego powodu); zdołała więc go obudzić (chociaż dobre trawienie i sumienie niczym nie zmącone pozwalały mu spać smacznie) dzięki niezmiernie interesującej opowieści (zdaje się, że była to historyjka o szczurze i czarnym kocie), którą (oczywiście cały czas szeptem) opowiadała swojej siostrze. Tak się złożyło, że opowiadanie to nie zostało całkowicie ukończone, gdy dzień zaświtał, i że z natury rzeczy Szeherezada nie mogła go dokończyć, ponieważ był już czas najwyższy, aby wstała i została uduszona szarfą — co jest prawie tak nieprzyjemne jak powieszenie, tylko że w lepszym tonie.

Ze wstydem muszę przyznać, że ciekawość króla wzięła jednak górę nawet nad jego niezachwianymi religijnymi zasadami i sprawiła, że tym razem dołożył wykonanie ślubowania aż do następnego ranka. Miał bowiem nadzieję, że tej nocy usłyszy, co się ostatecznie stało z czarnym kotem (był to, zdaje się, czarny kot) i ze szczurem.

Ilustracja Virginii Frances Sterrett do Księgi tysiąca i jednej nocy

Ale gdy noc nadeszła, pani Szeherezada nie tylko zakończyła opowiadanie o czarnym kocie i szczurze (szczur był niebieski), lecz zanim sobie dobrze zdała sprawę, do czego zmierza, już głęboko zabrnęła w pełną niezwykłych powikłań opowieść odnoszącą się (o ile mnie pamięć nie myli) do różowego konia (z zielonymi skrzydłami), który poruszał się, i to z niezwykłą szybkością, dzięki mechanizmowi nakręcanemu szafirowym kluczem. Król zainteresował się tym opowiadaniem jeszcze bardziej niż poprzednim i ponieważ dzień zaświtał, zanim królowa zdołała je dokończyć (mimo że starała się ze wszystkich sił zdążyć na czas, by zostać uduszoną), nie było innej rady, tylko odłożyć ceremonię na dwadzieścia cztery godziny jak poprzednio”.

  Edgar Allan Poe, Tysiączna i druga opowieść Szeherezady [w:] tegoż, Sfinks. 13 nieznanych opowiadań, przeł. W. Furmańczyk, A. Staniewska, K. Tarnowska, S. Wyrzykowski, Poznań 1994, s. 119-122.

(I jeszcze: cudeńko).

“Wściekły kochanek Rimbaudów”

Nie jestem dewiantem ani nieudacznikiem

“Blogi i sposób ich komponowania podkreślają, że tożsamość dzisiaj nie jest czymś, co mamy, ale tworzymy każdego dnia, tkając, jak powie Anthony Giddens, spójną narrację o sobie samym. Ich struktura z kolei uświadamia, że nasze identyfikacje są dziś głęboko zdecentrowane (interesuje nas wszystko, bo wszystko w niestabilnym świecie wydaje nam się ważne) oraz intertekstualne. Blogi nie są więc niczym innym jak tylko zapisem bojów, które toczymy dziś o poczucie posiadania tożsamości; niczym innym jak tylko, czasami bardzo dramatycznymi, formami materializacji walk o odpowiedź na pytanie »kim jestem?«; obiektywizacjami autorefleksyjnych procesów, które zazwyczaj zachodzą w naszych głowach. Tutaj, a więc w kolejnych zapisach bloga, zostają one uzewnętrznione i poddane ocenie ze strony Innych (większość blogów ma tak zwane księgi gości, a wielu ich twórców zabiega o dokonywanie w nich wpisów — tak jest zresztą mierzona popularność określonej strony), ale nie wynika to z ekshibicjonistycznych skłonności ani też z poczucia samotności, ale raczej ze świadomości, iż tożsamość ma charakter relacjonalny; że o tym, czy możemy być sobą, zawsze decydują Inni. Poddawanie ich ocenie moich przeżyć, doświadczeń, przemyśleń i stosunku do rzeczywistości jest generalną próbą, przymiarką do nowych tożsamości, testem na ich spójność, akceptowalność, dojrzałość. Nie ma więc dziś bardziej samoświadomych i zsocjalizowanych osób niż twórcy blogów. To nie dewianci czy nieudacznicy, ale raczej paradygmaty współczesnej osoby ludzkiej, żyjącej w zachodnim kręgu kulturowym”.

Dobrze wiedzieć.

Marek Krajewski, POPamiętane, Gdańsk 2006, s. 16-17.

Ilustrowany traktat o śnie i jego następstwach

 *

Raz w północnej, głuchej dobie, gdym znużony siedział sobie
Nad księgami dawnej wiedzy, którą wieków pokrył kurz –
Gdym się drzemiąc chylił na nie, usłyszałem niespodzianie
Lekkie, ciche kołatanie, jakby u drzwi moich tuż.
„To gość jakiś – wyszeptałem. – Puka snadź przy drzwiach mych tuż.
Nic innego chyba już”.

Edgar Allan Poe, Kruk, przeł. Z. Przesmycki

*

 *

We śnie
maluję jak Vermeer van Delft.

Rozmawiam biegle po grecku
i nie tylko z żywymi.

Prowadzę samochód,
który jest mi posłuszny.

Jestem zdolna,
piszę wielkie poematy.

Słyszę głosy
nie gorzej niż poważni święci.

Bylibyście zdumieni
świetnością mojej gry na fortepianie.

Fruwam jak się powinno,
czyli sama z siebie.

Spadając z dachu
umiem spaść miękko w zielone.

Nie jest mi trudno
oddychać pod wodą.

Nie narzekam:
udało mi się odkryć Atlantydę.

Cieszy mnie, że przed śmiercią
zawsze potrafę się zbudzić.

Natychmiast po wybuchu wojny
odwracam się na lepszy bok.

Jestem, ale nie muszę
być dzieckiem epoki.

Kilka lat temu
widziałam dwa słońca.

A przedwczoraj pingwina.
Najzupełniej wyraźnie.

Wisława Szymborska, Pochwała snów (z tomu Wszelki wypadek)

*

*

 ”Szczęście przychodzi do tego, kto śpi i czeka — ładnie to powiedzieli ludzie dawnych czasów”.

  Kōbō Abe, Kobieta z wydm, przeł. M. Melanowicz, Kraków 2010, s. 76.

*

*

 — Mam wrażenie, że chodzi tu tylko twoje ciało, a duch jeszcze śpi.
— Tak.
— Gdyby ktoś wyskoczył zza rogu i cię wystraszył, tobyś padła bez życia. Bo ducha masz uśpionego.

*

 *

— Wzdychasz, jakbyś przebiegła maraton. A tylko wstałaś. Niektórzy twierdzą, że twoje wstawanie jest trudniejsze od przebiegnięcia maratonu.
— Kto tak twierdzi?
— Specjaliści.

*

*

Gdzie się zbudziłem? gdzie jestem? gdzie jest
strona prawa, gdzie lewa? gdzie góra a gdzie
dół? spokojnie; spokojnie: to jest moje ciało,
leżące na wznak, to ręka, w której zwykle
trzymam widelec, a tą drugą chwytam
nóż lub wyciągam ją na przywitanie;
pode mną prześcieradło, materac, podłoga,
nade mną kołdra i sufit; po lewej
ręce ściana, przedpokój, drzwi, butelka z mlekiem
stojąca już pod drzwiami, bo po prawej widzę
okno, a za nim świt; pode mną
przepaść pięter, piwnica, a w niej hermetycznie
zamknięte słoje z kompotem na zimę;
nade mną inne piętra, strych z bielizną
na sznurach, dach, telewizyjne
anteny; dalej, po lewej, ulica
wiodąca na zachodnie przedmieścia, za nimi
pola, szosy, granice, rzeki i przypływy
oceanu; po prawej, już w szarych zaciekach
świtu, inne ulice, pola, szosy, rzeki,
granice, mroźne stepy, lodowate lasy;
pode mną fundamenty, ziemia, otchłań ognia,
nade mną chmury, wiatr, blednący księżyc,
ledwie widoczne gwiazdy, tak;
odnaleziony,
przymyka jeszcze oczy, z głową w miejscu
krzyżowania się wszystkich pionów i poziomów,
przybity do tych wszystkich naraz krzyży
miarowymi ćwiekami dudniącego serca.

Stanisław Barańczak, Gdzie się zbudziłem? (z tomu Dziennik poranny)

*

*

 ”Jestem skrajnie wyczerpany, a przecież jest rano…”

“Dzień świra”, reż. M. Koterski

*

koniec i bomba (zegarowa)

Zima egzystencjalna

— Będzie kiedyś lato?
— Nie. Wieczna zima.
— To ja się w to nie chcę bawić.
— Nikt nie chce. A wszyscy muszą.

Jestem nieszczęśliwym człowiekiem, czyli rozważania smutno-wesołe

Pan Cogito zrywa
bandaże życzliwej obojętności
przestał wierzyć w postęp
obchodzi go własna rana

 Zbigniew Herbert, Pan Cogito — powrót

Jestem bardzo rozdrażniona. Życiem. Nieznośne napięcie przeradza się w ból głowy, ból głowy w irytację, irytacja w złość. Obrywa się komuś, komu nie powinno się oberwać. Walka ze złością to jak walka z wrogiem, kryjącym się gdzieś w lesie. Już, już, człowiek myśli, że umknął niebezpieczeństwu, a potem jeden szelest sprawia, że cały strach powraca.

Każdy się wstydzi być nieszczęśliwym. To tak jak nie odrobić zadania albo mieć pryszcza. Wszyscy, którzy nie są szczęśliwi, czują się winni jak przestępcy.

Sławomir Mrożek, Tango

Nie ma się czego wstydzić.

Humor jest wentylem bezpieczeństwa. Humor jest oswajaniem nieoswajalnego, dystansem, a dystans ma coś wspólnego z wolnością. Przeczytałam dziś książkę Arthura Blocha “Prawa Murphy’ego i dalsze powody, dla których sprawy idą źle!”. Ku pamięci wypiszę tu sobie ulubione prawidła.

Coita-Murphy’ego formuła potęgi myślenia negatywnego
Optymisty nie sposób mile zaskoczyć.

Prawo Hutchisona
Jeśli sytuacja wymaga niepodzielnej uwagi, to pojawi się wraz z czynnikiem silnie rozpraszającym.

Fullera prawo dziennikarskie
Im odleglejszy wypadek, tym więcej trzeba zabitych i rannych, aby informacja trafiła na pierwsze strony gazet.

Prawo epistolografii
Świeżym myślom najlepiej sprzyja zaklejenie listu.

Jonesa prawo wydawnicze
Pewne błędy ujawnią się dopiero po oddaniu książki do druku.

Prawo Kushnera
Prawdopodobieństwo tego, że ktokolwiek coś zrobi, jest odwrotnie proporcjonalne do liczby osób, które również mogłyby to zrobić.

Pierwsza reguła rozsądku technicznego
Żadnej części nie wyrzucaj.

Pierwsze prawo prac laboratoryjnych
Gorąca probówka wygląda dokładnie tak samo jak zimna.

Wygodny przewodnik po nauce współczesnej
1. Jeśli jest zielone albo się wije to biologia.
2. Jeśli cuchnie to chemia.
3. Jeśli nie działa to fizyka.

Aksjomat Robertsa
Istnieją tylko błędy.
Bermana uzupełnienie aksjomatu Robertsa
Błąd jednej osoby staje się wiarygodną daną dla innej.

Alinsky’ego teza o radykałach
Najwięksi moraliści znajdują się najdalej od problemu.

Duggana prawo poszukiwań naukowych
Najwartościowszy jest cytat, którego źródła nie potrafisz ustalić.

Prawo Van Roya
Niepsująca się zabawka świetnie nadaje się do psucia innych zabawek.

Podoba mi się ich lapidarność i dowcip, utworzony z tajonej frustracji. Zainspirowana utworzyłam własne prawa.

PRAWA JUSTYNY (CZYLI MNIE)

Prawo fatalizmu
Jeśli coś ma się zepsuć — zepsuje się, przymarznąć przymarznie, rozczarować — rozczaruje, chyba że przestanie ci zależeć, wtedy wszystko pójdzie nadspodziewanie dobrze.
Uzupełnienie
Próby przechytrzenia losu spełzną na niczym. Jeśli ktoś uda, że mu nie zależy, żeby wszystko poszło dobrze, to wszystko pójdzie jeszcze gorzej niż w wariancie pierwotnym, czyli złym.

Prawo żywotności snów
Jeśli śniło ci się coś dobrego, zapomnisz o tym tuż po przebudzeniu. Jeśli śniła ci się przykra rzecz, będziesz o niej pamietać cały dzień.

Prawo nieczystego powinowactwa
Ciągnie swój do swego. Brudne naczynia dziwnym sposobem przyciągają niezliczone ilości innych brudnych naczyń, natomiast naczynia czyste wykazują raczej skłonności do izolowania się. To samotnicy. Rzadko spotykani.

Prawo krótkowidza
Daleki horyzont jest zamglony, natomiast brzydotę wokół siebie widzi się aż nadto wyraźnie.

Prawo urzędowo obowiązujące
Jeśli słyszysz przy załatwianiu jakiejś sprawy słowa “proszę chwilkę poczekać”, przygotuj się na długie godziny czekania. Już szybciej załatwisz coś przy wariancie “nie mam teraz czasu, ale zobaczę co się da zrobić”.

Prawo ujemnej współpracy
Lepiej zrób wszystko sam(a), bo jeśli zlecisz wykonanie czegoś komuś innemu, to będziesz miał(a) po nim dwa razy więcej sprzątania niż po sobie samym.

Prawo bólu
Jeżeli coś cię boli, to znaczy, że żyjesz. Jeżeli nic cię nie boli, to też znaczy, że żyjesz. Drugi wariant wydaje mi się bardziej życiowy.

Prawo szpitalnego zapachu
Po jakimś czasie nos przyzwyczaja się do każdego zapachu (podobno). Wyjątkiem jest zapach szpitala. Im dłużej się w nim przebywa, tym bardziej wwierca się w mózg.

Prawo kobiecości
Między chęcią płaczu, wściekłością a rozbawieniem istnieją jakieś tajemnicze powiązania, które umożliwiają swobodne dryfowanie między tymi stanami.

Prawo posiłkowej przewrotności
Niezależnie od konsystencji posiłku jakieś jego włókno wlezie między zęby i utkwi tam na dobre, jeśli akurat znajdujesz się w miejscu publicznym.

Ulżyło mi. Czy pisanie oczyszcza? Wątpię. Pisanie jest także rodzajem bezsilności. Pozwala uświadomić sobie więcej sprzeczności, ale nie sprawia, że znikną. “Zemsta ręki śmiertelnej” jest bardziej “śmiertelnością” niż “zemstą”. Napisane lasy płoną szybciej od prawdziwych.

Tylko żurawia krzyk trwogi nad ranem
Obudzi czyjeś bezsilne cierpienie
Jedyne Złote Runo czegoś warte

Jacek Kaczmarski, Tren spadkobierców

Światełko

Porządek świata jest taki, że światło pada z góry, lampa zwisa z sufitu, blask przypisany jest wyższym rejestrom. Nie bierzemy tu pod uwagę świetlików, fosforyzującego próchna ani ryb świecących w oceanicznych głębinach.

Wiemy też, że cywilizacja odwraca wszystko do góry nogami.

W pewnym centrum handlowym umieszczono małe lampki w podłodze. Koło jednej z nich kręciło się dziecko. Chłopczyk. Patrzyłam, jak chłopczyk ten z ujmującym uporem próbuje to światełko zadeptać.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.